2010-09-01 Konwersacje angielskiego. Wniosek.
Mój pierwszy semestr w roli nauczyciela powoli zbliża się do końca. Od początku semestru, w miarę upływającego czasu, mieliśmy coraz więcej dialogów na lekcjach konwersacji. Zauważyłem ostatnio, że moi uczniowie mówią lepiej, częściej i chętniej. Na początku semestru trudno było wydobyć jakiekolwiek słowa angielskie z ich gardeł. Teraz rozmowy z nimi są o wiele łatwiejsze. Oczywiście robią masę błędów. Wiele z nich powtarza się notorycznie. Czasem brakuje im słów, ale mimo wszystko mówią.
Zacząłem się zastanawiać skąd wzięła się ta zmiana. Nie sądzę, abym nauczył ich wiele nowych słów. Na pewno nie nauczyłem ich żadnej gramatyki, bo nie tym zajmujemy się na lekcjach konwersacji. Myślę, że powodem postępu jest zupełnie co innego - pewność siebie. Moi uczniowie dzięki coraz częstszym dialogom w czasie których muszą odpowiadać na wypowiadane przeze mnie pytania, nabrali właśnie pewności siebie. Dowiedzieli się, że są w stanie rozmawiać. Na pewno nie rozumieją wszystkich słów, które wypowiadam, ale nauczyli się rozumieć zdania na podstawie wyrazów, które już znają. Stworzenie i wypowiedzenie odpowiedzi zajmuje im coraz mniej czasu. Nie boją się swojego angielskiego. Wiedzą, że robią błędy, ale wiedzą, że ja ich za te błędy nie ganię. Dlatego właśnie nie boją się już otworzyć buzi i zacząć rozmawiać.
Co ciekawe, najlepiej rozmowa im idzie, gdy nie mogą liczyć na pomoc kolegów lub koleżanek. Gdy siedzimy tylko w cztery oczy i zdani są sami na siebie. Wtedy nie szukają pomocy starając się sami prowadzić rozmowę. Im częściej znajdują się w takich sytuacjach radząc sobie sami, tym rzadziej szukają pomocy kolegów, w momencie, gdy ci koledzy są dostępni.
Zdobycie pewności siebie to jedna z ważniejszych rzeczy w trakcie nauki języka. Gdy ktoś wie, że jest sobie w stanie sam poradzić, zaczyna rozmawiać chętniej i częściej.
|
2010-08-27 Przyłapany
Siedzimy sobie dzisiaj w naszym English Corner, aż ktoś zauważa "Hej, dlaczego mamy na drzwiach napis 'Zakaz wstępu dla uczniów'?". Po kilku minutach ni stąd ni zowąd do English Corner wchodzi nauczycielska wycieczka z innej szkoły. Szybko więc pytanie o zakazie wstępu zostaje rozwiązane - z powodu odwiedzin. Nie byłoby już o czym pisać, gdyby nie pewna kobieta z tejże wycieczki, która na mój widok wykrzyknęła: "Konrad! Pamiętasz mnie?". Okazało się, że była to vice-dyrektorka szkoły na północnych krańcach Bangkoku z którą miałem rozmowę kwalifikacyjną pół roku temu. Wtedy uzgodniliśmy warunki pracy i płacy, jednak w krótkim czasie zrezygnowałem, ponieważ zaproponowano mi kontrakt w mojej obecnej szkole.
Muszę przyznać, że byłem bardzo zaskoczony i całkiem zmieszany tym nieoczekiwanym spotkaniem. świat jest mały, a Tajlandia jeszcze mniejsza :)
|
2010-08-18 Przypadek :)
Całkiem przypadkiem trafiłem dzisiaj na lekcję gry na gitarze dla chętnych uczniów. Lekcje odbywają się od samego początku, a więc dla tych którzy o gitarze nie wiedzą zupełnie nic. No, może oprócz tego, że widzieli jak ją się trzyma i wiedzą, że ma struny. Jak już trafiłem i przesiedziałem tam godzinę, od razu stwierdziłem, że będę chodzić już do końca, a więc aż do marca. Nauczycielka, notabene koleżanka z English Corner, zapewnia że do marca to każdy z nas, uczniów, będzie już bez kłopotu szarpać struny, grać i śpiewać. W poniedziałek więc kupuję gitarę, a w środę już pierwsze zajęcia praktyczne :)
A wszystko zaczęło się od tego, że Gwendolyn nie wiedziała gdzie znajduje się klasa w której ma mieć najbliższe zajęcia. Zaprowadziłem więc biedaczkę, a w drodze wywiązała się rozmowa, która właśnie zaowocowała podjęciem przeze mnie decyzji o rozpoczęciu nauki gry na gitarze. Nauki, którą - trzeba dodać - mam zupełnie za darmo :)
|
2010-08-17 Wróciłem.
"Im krwawsza bitwa, tym słodsze zwycięstwo" mógłbym powiedzieć lądując w Kolkacie po tym wszystkim co spotkało mnie z ramienia Ambasady Indii w Polsce. Tak jednak nie powiem, bo po raz kolejny wierzę, że wszystkie wcześniejsze problemy były częścią znacznie szerzej zakrojonego planu. Problemy wizowe miały się stać, tak samo jak stać się miało odejście z TCS, wcześniej spotkanie Sudipy, oraz setki innych rzeczy w życiu. Ważne jest to, że przeszkoda została pokonana i wzmocniony siłą, mądrością i doświadczeniem mogę iść dalej.
Po ponad 13 miesiącach wróciłem do Indii. Po ponad 13 miesiącach spotkałem się z Sudipą. I po ponad 13 miesiącach wciąż jestem zakochany, a Sudipa ciągle się przejęzycza mówiąc "after one hour" mając na myśli "after one year". Ale tak właśnie się czuliśmy. Zupełnie jak byśmy nie widzieli się godzinę, a nie rok cały.
Nie będę pisać co było i jak było. Wiadomo przecież, że byliśmy szczęśliwi. Wszystko dobrze się zaczyna układać w całość. Ja wróciłem do Indii (chociaż tylko na 4 dni). Ona dwa dni przed moim przylotem dostała nareszcie paszport. Teraz ja znów polecę do Indii w październiku w czasie mojej dwutygodniowej przerwy, a później... a później to zapewne będą żyć długo i szczęśliwie. A gdzie i jak długo, to już kolejne pytanie :)
Dodam jeszcze, że wszystkich włącznie ze sobą zadziwiłem moją znajomością języka bengalskiego. Jak widać, jeśli zaciśnie się mocno zęby, ściśnie pośladki i kupi jedną dobrą książkę, można nauczyć się jakiegokolwiek języka w stopniu średnio komunikatywnym. Byłem w stanie porozumiewać się (co nie znaczy, że rozmawiać) po bengalsku z Maa, Rają, Sudipą oraz szeregiem przypadkowych ludzi spotkanych w sklepie, na ulicy, w metrze, a nawet i na lotnisku. Język rozwiązał mi się, gdy wsiadłem to taksówki pierwszego dnia i każdego kolejnego było tylko lepiej. Bengalski tak ogarnął mi umysł przez te cztery dni, że w niedzielę gdy wróciłem do Tajlandii i włączyłem Skype'a miałem problemy z porozumiewaniem się po polsku, bo nagle język ojczysty spadł gdzieś w otchłań na miejsce trzecie i słowa najzwyczajniej pochowały się w zakamarkach szarych komórek.
|
2010-08-11 Dla jakich chwil warto uczyc
Nie mam duzego doswiadczenia jako nauczyciel, ale juz te zaledwie kilka miesiecy obfitowaly w chwile dla ktorych na pewno warto byc nauczycielem. Oto zaledwie kilka z nich:
- gdy uczennica z sercem na ramieniu przychodzi na poprawe, oddaje test, i po szybkim sprawdzeniu odpowiedzi wolam ja oznajmiajac radosnie: "Beau, wszystkie odpowiedzi poprawnie. Wspaniala praca!". Zdzwienie w oczach i szeroko otwarta buzia - niezapomniany widok.
- gdy wchodze do pracowni komputerowej i na monitorze zastaje narysowane serce z napisem "Nauczyciel".
- gdy najwiekszy rozbojnik klasowy nie wypowiadajac zadnego slowa podaje mi pierwszy reke, gdy podwyzszam mu o 1 punkt ocene z poprawy, dzieki czemu zalicza test. Tak zdobywam absolutny szacunek i wdziecznosc.
- gdy widzimy radosc na twarzy uczennicy, ktora po zaprezentowaniu dialogu dostaje owacje na stojaco od calej klasy, ktora zreszta ja zapoczatkowalem.
|
2010-08-11 Jutro w Kolkacie
Po trzynastu miesiącach przerwy jutro o godzinie 10:40 czasu lokalnego ląduję w Kolkacie. Będzie to bardzo, bardzo krótka wizyta, bo zaledwie czterodniowa, ale na pewno będzie niezwykle pozytywna. Chyba nie muszę pisać jak bardzo cieszę się, że po tak długie rozłące spotkam się z Sudipą, Maa, Rają, Gulgul i całą moją bengalską rodziną. Odwiedzę stare miejsca i kąty - Park Street, Gariahat, Sudder Street, Rabindra Sarobar. Wybierzemy się na kolację do Peter Cat i w ogóle będzie pięknie i wspaniale :)
No i oczywiście będę mieć szansę sprawdzić, czy ta cała praca jaką wykonałem z językiem bengalskim przez ostatnie miesiące na coś się przydała, czy nie.
Dzisiaj tuż po zajęciach szkolnych wskakuję w minivana do Bangkoku, noc spędzam tradycyjnie w "Peachy Guest House" naprzeciw Tha Phra Athit, a jutro rano minivanem na lotnisko i fru :)
|
2010-08-09 Tydzień Sportu
Cały zeszły tydzień to Tydzień Sportu. Wszystko zaczęło się w poniedziałek ceremonią otwarcia. Szkoła została podzielona na pięć zespołów: różowy, niebieski, zielony, fioletowy i żółty. W każdym zespole byli uczniowie ze wszystkich poziomów, a więc od M1 do M6. Każdy zespół ubrany był w specjalne koszulki polo w swoim kolorze, które wyprodukowane były właśnie na tą okazję.
Rozgrywki pomiędzy zespołami były na wielu frontach. Grano równocześnie w piłkę nożną, koszykówkę, siatkówkę, tenisa stołowego, chairball (co można przetłumaczyć jako piłkę krzesełkową). Były biegi krótko- i długodystansowe, wyścigi w workach, a nawet zawody cheerleaderek.
Nauczyciele chociaż nie mieli żadnych przypisanych funkcji (nie licząc wuefistów, którzy robili za sędziów), czasami dopingowali swój zespół do którego nieco stucznie zostali przypisani. Mnie trafił w udziale zespół Fioletowy. Każdego praktycznie dnia dopingowałem chłopaków grających w kosza i dziewczyny w chairball'a. Jak w kosza szło naszym całkiem nieźle (chociaż do finału nie weszli), to chairball to była jedna wielka klapa. Dopingowanie jednak przyniosło mi sporo radochy, bo każdy zespół miał wielkie bębny i własnego bębniarza w osobie jednego z uczniów, oprócz tego jakieś trąbki, uderzajki i wogóle wszystko, co robiło hałas. Ja przyniosłem swoją harmonijkę i też zwiększałem ilość decybeli w powietrzu wygwizdując różne kibicowskie melodyjki. Na końcu tygodnia dostała mi się nawet pochwała od tajskich nauczycieli za mój doping i grę w kosza z uczniami w czasie, gdy nie odbywały się na boisku żadne rozgrywki.
Gwoździem jednak całego tygodnia oraz wydarzeniem samym w sobie była czwartkowa parada. Bez mała kilkaset uczniów poprzebieranych we wspaniałe i wymyślne stroje, kilogramy mniej lub bardziej prawdziwej biżuterii, a przede wszystkim makijaż uczennic. Gdy zobaczyłem te wszystkie uczennice w sukniach balowych, galowych, ślubnych, wojskowych, królewskich, weselnych i bóg wie jeszcze jakich, ale na pewno zupełnie innych od szkolnych uniformów, to oczy mi na wierzch wyjść chciały, a umysł nie mógł ogarnać faktu, że ja te wszystkie piękne kobiety (bo nie uczennice) uczę od kilku miesięcy zupełnie nieświadomy ich pozaszkolnego wyglądu. Co tu zresztą dużo gadać. Polecam obejrzenie zdjęć w Galerii, bo NAPRAWDĘ jest na co popatrzeć.
Ciekawostką jest także, że w te same stroje byli przebrani także niektórzy z moich uczniów. Jak wiadomo Tajlandia to kraj w pełni akceptujący swoją własną wielowiekową tradycję kathoey (transwestytów), więc nikogo nie dziwi chłopak ubrany i ucharakteryzowany na kobietę. Jako krótką anegdotę napiszę moją rozmowę z jednym z moich uczniów, który otwarcie mówi o tym, że czuję się kobietą i kobietą chce być. Niestety z nieznanych mi względów na paradę się nie przebrał.
- Hej X. (nie chcę pisać imion)
- Oh, Konrad. Cześć.
- A ty dlaczego nie jesteś przebrany? - Cisza - Taka ładna dziewczyna i nie przebrana?
- Oh, no wiesz, tak jakoś...
- Zawiodłem się na tobie. Kto jak kto, ale myślałem, że ty olśnisz mnie jakąś piękną kreacją.
- Oh, hm, no wiesz, ja nie przebrałem się. Ale, oh, ja nie muszę się przebierać.
- Nie? A dlaczego?
- Ja i bez przebrania jestem piękna.
|
2010-08-03 Ciekawostka
Poniższą notkę przeczytałem dzisiaj na profilu jednego ze znajomych. Jest na tyle ciekawa, że postanowiłem skopiować i wkleić w całości na Bloga.
Poniżej cytuję jedno z pytań, które pojawiło się na egzaminie na wydziale Chemii NUI Maynooth (National University of Ireland). Odpowiedz jednego ze studentów była na tyle wyjątkowa, ze profesor podzielił się nią ze swoimi kolegami a pó?niej jej treść przedstawił w Internecie.
Pytanie: Czy piekło jest egzotermiczne (oddaje ciepło) czy endotermiczne (absorbuje ciepło)?
Większość odpowiedzi oparta była na prawie Boylesa, które mówi, że w stałej temperaturze objętość danej masy gazu jest odwrotnie proporcjonalna do jego ciśnienia.
Jeden ze studentów napisał tak:
Najpierw musimy stwierdzić jak zmienia się masa piekła w czasie. Do tego potrzebna jest liczba Dusz które idą do piekła i liczba dusz która piekło opuszcza.
Moim zdaniem, można ze sporym prawdopodobieństwem przyjąć, że Dusze, które raz trafiły do piekła nigdy go nie opuszczają. Na pytanie : ile Dusz idzie do piekła, można spojrzeć z punktu widzenia wielu istniejących dzisiaj religii. Większość z nich zakłada że do piekła idzie się wtedy, gdy nie wyznaje się tej właściwej wiary. Ponieważ religii jest więcej niż jedna i dlatego że nie można wyznawać kilku religii jednocześnie, można założyć, że wszystkie dusze idą do piekła.
Patrząc na częstotliwość narodzin i śmierci, można założyć, że liczba dusz w piekle wzrastać będzie logarytmicznie. Rozważmy więc pytanie o zmieniającej się objętości piekła. Ponieważ wg prawa Boylesa wraz ze wzrostem liczby dusz rozszerzać się musi powierzchnia piekła tak aby temperatura i ciśnienie w piekle pozostały stałe, istnieją dwie możliwości:
1. Jeśli piekło rozszerza się wolniej niż liczba przychodzących do niego Dusz, temperatura i ciśnienie w piekle będzie tak długo rosło aż piekło się rozpadnie.
2. Jeśli piekło szybciej się rozszerza niż liczba przychodzących tam Dusz, wówczas temperatura i ciśnienie w piekle będzie spadać tak długo aż piekło zamarznie.
Która z tych możliwości jest bardziej realna?
Jeśli we?miemy pod uwagę przepowiednie Sandry, która powiedziała do mnie: "prędzej piekło zamarznie niż się z tobą prześpię", jak również to, że wczoraj z nią spałem, możliwa jest tylko ta druga opcja. Dlatego też jestem przekonany, że piekło jest endotermiczne i musi być już zamarznięte.
Z uwagi na to ze piekło zamarzło, można wnioskować, że żadna kolejna Dusza nie może trafić do piekła, a ponieważ pozostaje jeszcze tylko niebo, dowodzi to też istnienia Osoby Boskiej, co z kolei tłumaczy dlaczego Sandra cały wczorajszy wieczór krzyczała: "O, Boże!".
Student otrzymał ocenę ' Bardzo dobry '.
|
2010-07-31 Wizyta w Ambasadzie Indii
Nie w poniedziałek, ale wczoraj wybrałem się do Ambasady Indii w Bangkoku po odbiór paszportu, a może nawet i wizy. Do Ambasady ruszyłem po pierwszych zajęciach w szkole. Minivan zawiózł mnie na rondo Victory Monument w Bangkoku, skąd prosto i niezwykle szybko przetransportowałem się "podniebnym pociągiem" (Sky Train) na stację Asok w okolicach Ambasady. Był to mój drugi raz w życiu, gdy jechałem Sky Train, ale pierwszy raz w czasie dnia. Muszę przyznać, że Natasha miała kiedyś rację, że w czasie dnia, gdy stoimy przy oknie jest wrażenie lecenia w powietrzu pomiędzy i nad budynkami. Gorąco polecam.
Przy Ambasadzie byłem na 3 godziny przed czasem, więc wybrałem się do jednego z wielu centrum handlowych zwyczajnie pochodzić i posiedzieć w klimatyzowanym pomieszczeniu. Na kilka minut przed godzina 16, wróciłem do budynku w którym mieści się Ambasada. Paszporty planowo wydawane są od godziny 16:30 do 17:30. Pierwszą rzeczą, która zrobiła mi psikusa była winda. Wsiadłem do windy, nacisnąłem na 15-ste piętro, winda wjechała na 10-te, po czym zjechała na dół. Musiałem znów naciskać na 15 i tym razem w końcu się udało. Zaraz po wejściu do holu, przywitano mnie głośnym "Dzień dobry nauczycielu!". Mogę więc powiedzieć, że zaledwie po jednej wizycie w Ambasadzie Indii w Bangkoku już jestem znany. Nie wiem, czy to dobrze, czy źle. Mam nadzieję, że tym razem wyjdzie mi to na dobre. Pani z ochrony sprawdziła mi zawartość plecaka i zostałem wpuszczony do środka. Zaczęło się wyczekiwanie na swój numer. W końcu wyczytano 519. Podszedłem do okienka, pani poprosiła numerek i dokument uprawniający mnie do odbioru własnego paszportu, który dostałem kilka dni wcześniej. Pani odeszła od okienka i po kilkunastu sekundach wróciła z pustymi rękami: "Pana paszport jest wciąż w Ambasadzie. Proszę czekać". Czekam więc dalej. Czekałem tak pół godziny. W końcu znów wyczytano numer 519, znów okazałem się numerkiem i dokumentem, a pani wydała mi kopertę. Kazała się jeszcze podpisać, podać numer telefonu i adres mailowy. Podałem, odszedłem od okienka, otwarłem kopertę i z bijącym sercem otwieram paszport. Kartkuję. Strona 22 - turystyczna wiza do Indii! A więc jednak! Dostałem! Nie ma mnie na żadnej czarnej liście. Mogę lecieć do Indii! Podziękowałem paniom w Ambasadzie, pożegnałem się i wyszedłem.
Wciąż zadowolony otwieram paszport jeszcze raz i wtedy mnie oświeciło. Cholera! Ta wiza jest tylko na miesiąc! Ja nie mogę lecieć w październiku!! Od razu w tyłu zwrot i z powrotem do Ambasady. Znów do pani w okienku i tłumaczę zaistniałą sytuację, że ja chcę lecieć na 2 tygodnie w październiku. Aplikowałem o wizę trzymiesieczną, a dostałem miesięczną wizę z datą ważności do 29 sierpnia. Pani, że nic na to nie może poradzić, itd, itp. Szybko okazało się, że ja nie jestem jednyną pokrzywdzoną osobą, bo ludzi z tym samym problemem zaczęło przybywać. Niektórzy złożyli podania o 6 miesięcy, a dostali miesiąc, chociaż zapłacili za sześć. W końcu wezwano kierownika Ambasady, który z każdym rozmawiał indywidualnie. Niestety nikomu nic nie zmienił i wszyscy musieli się pogodzić z faktem otrzymania zaledwie miesięcznej wizy...
Szybko jednak podjąłem decyzję, że skoro wizę mam tylko miesięczną, lecę jeszcze w sierpniu. Widocznie los tak chciał. Od 12.08 do 15.08 mam wolne. To zaledwie 4 dni, ale lecę. Za niecałe dwa tygodnie jestem więc w Kolkacie! I po prawie 13 miesiącach zobaczę Sudipę. Swoją drogą, w październiku polecę znowu, bo jak mnie poinformowano, nie ma przeszkód, abym znów otrzymał miesięczną wizę. Pan tylko poradził, aby Sudipa napisała oświadczenie, że jest ze mną w związku i że to ona jest powodem moich wycieczek do subkontynentu indyjskiego.
|
2010-07-27 Artykułowo-książkowo
Będąc przez ostatnie trzy dni w Bangkoku nie omieszkałem wybrać się do moim zdaniem najciekawszej księgarni w okolicach Tha Phra Athit, która ma masę angielskojęzycznych książek i absolutnie żadnych tajskojęzycznych. Odwiedziny księgarni poskutkowały dwoma zakupionymi tytułami:
- Richard Totman, "The Third Sex. Kathoey - Thailand's Ladyboys"
- Holger Kersten, "Jesus lived in India. His unknown life before and after the crucifixion"
Pierwsza książka została dosłownie połknięta przeze mnie w około 35 godzin (z czego 1/3 to spanie) i poskutkowała pierwszym od około dwóch miesięcy przerwy artykułem na mandragonie. Gorąco polecam artykuł, chociaż książka bezdyskusyjnie daje pełniejszy obraz tajskich transwestytów i osób urodzonych z męskimi i żeńskimi narządami płciowymi jednocześnie.
Drugą książkę na temat domniemanego życia Chrystusa w Indiach rozpoczynam dzisiaj. Tutaj także można oczekiwać artykułu.
|
2010-07-26 Znów pukam do bram Indii
W przeciwieństwie do tego, co pisałem wcześniej nie wybrałem się do Sukothai. Zamiast wycieczki pojechałem w sobotę rano do Bangkoku w celu aplikowania się o wizę do Indii. Aplikację złożyłem dzisiaj w godzinach dopołudniowych. Do Ambasady Indii można dojechać z Democracy Monument busem 511, który zatrzymuje się dosłownie kilka kroków od Ambasady niedaleko przystanku Asoke Sky Train. Ten sam bus zabierze nas do Southern Bus Station.
W pamięci mam ciągle wydarzenia z lipca zeszłego roku, gdy odmówiono mi wizy. Teraz, chociaż przyjęto moją aplikację i chociaż pani w okienku zapewniała, że nie będzie kłopotu w otrzymaniu trzymiesięcznej wizy turystycznej, ja podchodzę do tej aplikacji z bardzo dużą rezerwą. Ciągle mam przecież ten sam pobazgrany i ostemplowany paszport. Decyzję o ponownej próbie aplikowania o wizę podjąłem tylko dlatego, że Sudipa dalej ma problemy z otrzymaniem paszportu. Być może teraz jest pora, abym ja także spróbował. Może Ambasada w Tajlandii przyniesie mi więcej szczęścia niż Ambasada w Polsce. Po za tym, jeśli spojrzeć na całą historię otrzymywania wizy to zawsze nieparzyste próby były dla mnie owocne. Być może ta tendencja się utrzyma, a być może nie. Zobaczymy.
Po odbiór paszportu mam zgłosić się w następny poniedziałek. W ten piątek natomiast mogę zadzwonić do Ambasady dowiedzieć się o status mojej aplikacji.
|
2010-07-24 Tydzień egzaminów połówkowych
Cały obecny tydzień w szkole był poświęcony egzaminom połówkowym. Wszyscy zagraniczni nauczyciele zostali przydzieleni do odpowiednich klas i odpowiednich nauczycieli Tajskich w celu pilnowania uczniów podczas egzaminów. Mnie trafiły się klasy M.2/1 i M.5/1, oraz starsza nauczycielka angielskiego.
Klasy starsze, czyli w moim przypadku M.5/1, miały aż trzy dni egzaminów - poniedziałek, środę i piątek. W sumie około 9-10 egzaminów z takich przedmiotów jak: tajski, angielski, matematyka, fizyka, biologia, chemia, geografia (niektóre były podwójnie). Klasy młodsze, a więc M.2/1, miały ułatwione zadanie, bo tylko dwa dni egzaminów - wtorek i czwartek.
Tak jak dla uczniów był to tydzień pod znakiem dużego wysiłku i stresu, tak dla nauczycieli - relaksu i nudy, no bo co robić gdy trzeba uczniów pilnować czasem aż 6 godzin dziennie? Ja dzieliłem czas pomiędzy chodzeniem dookoła sali, czytaniem prac studentów w czasie gdy je tworzyli, oraz... graniem na komórce. Mój tajski odpowiednik był bardziej pomysłowy. Pani około pięćdziesiątki a to spała przy biurku, a to czytała książkę, wstając z krzesła tylko w celu opuszczenia klasy na kilka minut w sobie tylko znanym celu. Raz nawet przyprowadziła inną uczennicę i dawała jej korepetycje, podczas gdy inni uczniowie pisali swój egzamin. A podobno to zagraniczni nauczyciele zachowują się nieodpowiednio. Chociaż trzeba tej pani przyznać, że to ona zajmowała się rozdawaniem testów, zbieraniem ich, liczeniem, pakowaniem do kopert, itd.
Raz jeden udało mi się złapać uczennicę na ściąganiu. Biedaczka dawała zbyt czytelne sygnały o ściąganiu, bo albo rozglądała się gdzie ja jestem (gdzie była tajska nauczycielka wiadomo - przy biurku), albo wkładała rękę między nogi, albo nic nie robiła gdy stałem przed nią. Niestety jako obcokrajowiec nie mam w czasie testów władzy do formalnych kroków wynikających ze złapania na ściąganiu. Jedyne co zrobiłem to poinformowanie tajskiej nauczycielki o incydencie. Ta zdziwiła się, podeszła do uczennicy, postała nad nią 5 sekund i odeszła rozsiadając się ponownie za biurkiem. I tyle. Później więc już sobie odpuściłem grając dalej na komórce.
|
2010-07-10 Przypadki i wypadki szkolne
Im dłużej uczę, tym ciekawsze przypadki mnie spotykają. Nie tak dawno, bo w czwartek, idąc ze szkolnego punktu ksero zatrzymałem się na krótką pogawędkę z uczennicą o przezwisku Bell, która chociaż nie ma ze mną żadnych zajęć to zawsze stara się coś zagadać. Nie inaczej było tym razem. Po kilku minutach rozmowy o zajęciach z francuskiego, o których mi się żaliła, że trudne i nieciekawe, wywaliła nagle: "Konrad, your face is like from a cartoon - it's so beautiful". ("Konrad, twoja twarz jest jak z bajki - taka piękna"). Podziękowałem tylko, porozmawialiśmy jeszcze przez chwilę i rozeszliśmy się każde w swoją stronę.
We wtorek natomiast na lekcji angielskiego zadałem uczniom ćwieczenie do zrobienia i swoim zwyczajem dosiadłem się do jednego ze stolików, żeby zwyczajnie popatrzeć jak uczniowie robią zadania. Od razu zawiązała się rozmowa o chłopaku jednej z dziewczyn. Niby przy okazji, idąc tym samym tropem jedna z uczennic wypaliła do mnie:
- "Konrad, can I marry you?" ("Konrad, czy mogę za ciebie wyjść?").
- Uśmiechnąłem się i spytałem: "How old are you?" ("A ile masz lat?")
- "13".
- "You're too young for me, but if you reach 20, then call me and I will consider marrying you. And now, if you really want to marry me, you must study english very hard, so then we will be able to communicate with each other" ("Jesteś zbyt młoda dla mnie, ale jak będziesz mieć 20 lat, zadzwoń i ja się zastanowię, a tymczasem musisz bardzo dobrze się uczyć angielskiego, żebyśmy mogli się porozumieć ze sobą").
Innym jeszcze razem, inna uczennica napisała na swoim teście "I love my teacher". Punktów dodatkowych za to nie dostała, ale narysowałem uśmiech tuż obok wyznania.
Zupełnie inny przypadek spotkał mnie wczoraj. Trzy razy tego samego dnia wchodząc do uczniowsko-nauczycielskiej ubikacji dla chłopców i mężczyzn spotkałem dokładnie tą samą grupę uczniów blokujących dojście do pisuarów, zachowujących się głośno, puszczających muzykę i robiących masę innych głupich rzeczy. Za pierwszym razem zwróciłem im uwagę, że lepiej żeby siedzieli gdzie indziej, bo klop nie jest od spotkań towarzyskich, a od robienia siku i kupy. Jeden z nich, dla hecy, zaczął wykonywać ręką ruchy jakby konia sobie walił. Spokojnie więc spytałem, co takiego ciekawego chce mi przekazać tym gestem. Chłopak się zaśmiał i dalej ciągnie druta. Wiedząc, że jesteśmy sami w kiblu wywaliłem mu litanię taką, że najpierw stanął na baczność, później zrobił się czerwony ze wstydu, a na końcu uciekł do szalupy, gdy zrobiłem z niego idiotę przed jego kolegami. Sprawa by się pewnie na tym zakończyła, gdybym nie spotkał ich w tym kiblu raz jeszcze. Tym razem żaden już gestów nie robił. Poradziłem im więc, że lepiej byłoby im siedzieć na jednej z wielu ławek dookoła szkoły, aniżeli w kiblu, bo to nie jest miejsce do spotkań towarzyskich. Zagroziłem też, że jak zobaczę ich tu raz jeszcze to będzie to ich ostatni raz, gdy tutaj są. Chłopaki przeprosili, a ja wyszedłem. Chcąc sprawdzić, czy moje słowa dotarły do ich mózgów w najmniejszym chociaż stopniu, po kilkunastu minutach zaszedłem do klopa raz jeszcze. Niestey gawiedź zabawiała się dalej. Złapałem więc ich plecaki i zaniosłem do biura. Khun Gayoon opowiedziałem, w czym problem, że nie można nawet w spokoju odlać się w kiblu, bo klop jest non stop okupowany. Nie minęły dwie minuty, gdy dwóch z nich zgłosiło się po odbiór plecaków. Khun Gayoon zaprosiła ich do swojego gabinetu, dała reprymendę i kazała przyprowadzić pozostałych trzech (okazało się, że jeden z nich miał już z nią zatargi w przeszłości, więc była bardzo zadowolona, że został złapany). W międzyczasie powiedziała mi, że zadzwoni do ich rodziców i wyśle ich do pokoju dyscyplinarnego (cokolwiek to znaczy). Stanowczo zabroniłem jej jednak powiadamiania rodziców i dyscyplinarki. Poradziłem, że wystarczy ich postraszyć i wytłumaczyć, że ubikacja nie jest miejscem spotkań towarzyskich, i że na terenie szkoły są dziesiątki lepszych miejsc do siedzenia w wolnym czasie. Khun Gayoon zaakceptowała moje stanowisko i sprawa się zakończyła.
żeby nie było, że jestem taki zły, dodam, że raz złapałem grupę chłopaków palących w WC. Nie zrobiłem z tego żadnej afery. Poradziłem po prostu, że lepiej byłoby im palić za ubikacją, aniżeli w środku, bo pewnego dnia może zdarzyć się tak, że zamiast mnie wejdzie tam dyrektor szkoły i wtedy naprawdę będą mieć przesrane. Chłopaki posłuchali i później kilka razy widziałem jednego stojącego na czatach w tylnych drzwiach toalety, podczas gdy reszta jarała za budynkiem WC.
|
2010-07-04 Szkolne wycieczki edukacyjne
Koniec czerwca i początek lipca jest okresem, gdy szkoły odwiedzają się nawzajem, aby podpatrzeć co ciekawego mają inni. Szkoła zapraszająca stara się pokazać z jak najlepszej strony, tak aby wszyscy jej zazdrościli wszystkiego począwszy od sal klasowych a skończywszy na orgazniacji i uczniach. Szkoły odwiedzające starają się natomiast wchłonąć jak najwięcej, a przy tym jak najmniej się zdołować porównując się z gospodarzem.
We wtorek 30 czerwca nasza szkoła wybrała się w odwiedziny do Samsenwittayalai w Bangkoku - szkoły uważanej powszechnie za najlepszą w kraju. I chociaż kilka rzeczy mi się spodobało, w rozmowie ze Steve'm doszliśmy do wniosku, że wcale nie odstajemy od Samsenwittayalai. W końcu co by nie mówić, nasza Benchamatheputit jest uważana za najlepszą szkołę w prowincji (odpowiedniku naszego wojewódzctwa), a to też ma swój wydźwięk.
Wyposażenie biur i sal jest bardzo zbliżone. Jedynym plusem na korzyść Samsenwittayalai jest klimatyzowana klasa muzyki, co od razu wypomniał Daniel, nasz nauczyciel muzyki i angielskiego.
Dużym plusem na naszą korzyść według władz szkoły Samsenwittayalai jest... kadra nauczycielska. Okazało się bowiem, że oni nie mają żadnych zagranicznych nauczycieli informatyki, fizyki, bilogii i chemii zakontraktowanych na stałe. A nauczyciele zatrudnieni na część etatu to jednak nie to samo, co pełno etatowi, którzy zawsze są na miejscu i służą radą także po za godzinami nauczania. Nawet pani kierownik English Program z tamtejszej szkoły pół żartem dodała, że chętnie wykupiłaby kilku z nas.
Kolejnym plusem, tym razem na korzyść naszych Samsenwittayalai jest płaca. Nie wiem ile płacą, ale podobno dużo. W końcu marka najlepszej szkoły w kraju robi swoje. Rodzice płacą więcej, to i nauczyciele dostają więcej. Drugą stroną medalu jest to, że Bangkok jest znacznie droższym miastem niż Phetchaburi. Troszkę więc to się wyrównuje.
Dwie główne rzeczy, które mnie się spodobały to:
- English Program od M1 do M3 (odpowiednik gimnazjum) i od M4 do M6 (odpowiednik szkoły średniej). Nasza szkoła ma English Program tylko w klasach M1-M3. Jednym z powodów braku EP w M4-6 jest trudność w znalezieniu wykwalifikowanych nauczycieli. Phetchaburi to w końcu nie Bangkok, gdzie przy braku nauczycieli na pełnym etacie można sobie załatwić doktorantów z uniwersytetów zatrudnionych na część etatu. W Phetchaburi trudno o to samo.
- Przepisy dotyczące promocji do następnej klasy. W całej Tajlandii panuje przepis o przepuszczaniu wszystkich, bez względu na wyniki w nauce. To prowadzi do tego, że niektórzy uczniowie mają w nosie to, jaką ocenę dostaną na teście, bo i tak przejdą do następnej klasy. W Samsenwittayalai funkcjonuje to trochę inaczej. Tam także wszyscy otrzymują promocję do następnej klasy, ale jest jedno ale. Mianowicie, aby być dopuszczonym do nauki w kolejnym roku, trzeba w roku obecnym mieć średnią przynajmniej 2.0 (max to 4.0). W przeciwnym razie uczeń musi sobie szukać innej szkoły. Moim zdaniem to wspaniały przepis. Chętnie wprowadziłby to samo w Benchama. Może nie 2.0, ale 1.5 już powinno co niektórych zmobilizować do większego wysiłku.
W ostatni piątek natomiast odwiedziła nas szkoła z miasta Lopburi. Nazwy szkoły nie znam i wcale mi to nie przeszkadza. Szkoła ta ma zaledwie jednego zagranicznego nauczyciela. English Program dopiero u nich raczkuje. Nie mają klimatyzowanych sal i w ogóle mało co tam mają. Jak opowiedzieliśmy im, że nasi uczniowie jeżdżą w lato na miesiąc do Kanady, że mamy wymiany uczniowskie ze szkołami w Kanadzie, Brazylii, Niemczech, Wielkiej Brytanii, Nowej Zelandii i kilku innych miejscach to oczy im wyszły na wierzch. Do tego mamy 10 zagranicznych nauczycieli uczących dosłownie wszystkich przedmiotów w M1-3 po angielsku za wyjątkiem Buddyzmu i Tajskiego to już wogóle zaczęli sikać po nogawkach z wrażenia. Jak człowiek przyjmuje takich gości, to od razu zaczyna doceniać własną szkołę :)
|
2010-06-28 Jak małpy spowodowały powódź
Jak powszechnie wiadomo małpy to zwierzęta nad wyraz psotne i pomysłowe. Ich wyobraźnia (albo jej brak) nieoczekiwanie przyczyniły się do dwukrotnego zalania części mojego mieszkania. W jaki sposób? Ano taki, że oryginalne małpy skacząc sobie po domach i liniach wysokiego napięcia wpadły na genialny pomysł, żeby do rynny napchać od góry suche liście i foliowe torby. Tak po prostu, dla draki, żeby było śmiesznie. Za każdym razem, gdy monsun dawał o sobie znać nagłymi, długimi i obfitymi ulewami, woda zatrzymywała się w zatkanej rynnie, po czym zalewała mi od góry kuchnię i suszarnię. Woda powoli przedostawała się do salonu i tylko swoim przyjściem w ostatnim momencie zawdzięczam, że nie zalazło mi całego parteru.
Na szczęście właścicielka mieszkania zatrudniła lokalnego fachowca, który fachowymi okiem i zmysłem zdiagnozował przyczynę usuwając fachowo wszystkie badziewie upchane w rynnie przez - co by nie powiedzieć - wredne małpy.
Nawiasem mówiąc, oprócz małp w sąsiedzctwie mam także wiewiórki, gromadkę hasających po ścianach jaszczurek i (na szczęście rzadko) pojedyncze sztuki karaluchów. O komarach, które zjadają jaszczurki, oraz bezpańskich i pańskich psach, a czasem też i kotach, już nie wspominam. Słoni - jak miało to miejsce na Phukecie - nie ma.
|
2010-06-26 Plany podróżnicze
Od wyjazdu do Prachuap Khiri Khan prawie miesiąc temu siedzę w domu, a weekendy spędzam głównie na odpoczywaniu (spaniu + nic_nie_robieniu), przygotowywaniu zajęć, śledzeniu mundialu i coniedzielnej grze w kosza z innymi nauczycielami. Jak wiadomo, długo tak nie pociągnę, bo muszę gdzieś jechać. Natura jest naturą i ciężko ją oszukać. Na szczęście 26-27 lipiec to dni wolne (nie pytajcie dlaczego) co razem z weekendem 24-25.07 daje aż 4 dni wolnego. Decyzja o celu podróży zapadła już wcześniej. Teraz jednak nadszedł moment, aby decyzję upublicznić. Mianowicie, wybieram się do ponoć najbardziej uduchowionego miejsca w Tajlandii, pełnego świątyń miasta Sukhothai, które można zaliczyć do dolnej części północnej Tajlandii. Wyjazd z Phetchaburi zapewne nastąpi jeszcze w piątek, tak aby w sobotę już zacząć się przemieszczać z Bangkoku do Sukhothai. Niedziela i poniedziałek zejdą więc na zwiedzanie, a we wtorek trzeba będzie już zjeżdżać do domu, tzn. do Phetchaburi (ups!).
Kolejne wolne będzie dopiero gdzieś w październiku, za to będzie to aż DWA TYGODNIE WOLNEGO pomiędzy semestrami. Już dwa tygodnie temu uzbroiłem się z tej okazji w pozwolenie pojedynczego wyjazdu i wyjazdu do Tajlandii bez tracenia praw, jakie daje mi tymczasowa wiza. Na horyzoncie są dwie opcje na ten czas (były trzy, ale jedna się samoczynnie przesunęła). Obie opcje zależą od Sudipy, bo do października to ona już (do diaska!) przylecieć musi. No i jeśli przyleci i dostanie pracę - na co są pewne widoki - to trzeba jej będzie załatwić non-immigrant visa, a taką najlepiej dostać w Vientiane w Laosie. Czekałaby mnie więc druga wycieczka do Laosu. Opcją odwrotną do przyjazdu Sudipy (nie chcę krakać, więc mówię "odwrotną") byłby mój samotny wypad do Birmy.
Na początku listopada natomiast, przylatuje Agnes ze znajomymi pojeździć po Tajlandii i Kambodży. Niestety, jako że już będzie to pewnie po moim dwutygodniowym urlopie, to skończy się to dla mnie wypadem jednym lub dwoma gdzieś na weekend. Szczegóły jeszcze do ustalenia.
|
2010-06-25 O pracy słów kilka
Tak sobie myślę, że praca w szkole jako nauczyciel zupełnie naturalnie zmieniła moje podjeście do pracy. Wcześniej ciężko było mnie utrzymać po godzinach, a jeszcze trudniej było mnie zmusić do pracy w domu. Wyjątkiem był tylko projekt w Kopenhadze, a to dlatego, że tam zamiast rygoru znanego z Indii był luz i zdrowe podejście do wykonywanej pracy. Ja już tak mam, że jeśli ktoś chce mnie złapać za mordę, to stawiam się walcząc o wolność i niepodległość osoby własnej. Jeśli jednak mam wolną rękę, nikt mi się nie wtrąca w nic, wtedy pracuję z przyjemnością. Nie przeszkadza mi zostawanie po godzinach, pod warunkiem, że zostaję z własnej woli. Nie przeszkadza mi praca w domu pod warunkiem, że pracuję w domu z własnej woli. Tak jest właśnie teraz w Phetchaburi. Nie mam nikogo stojącego mi nad głową i wrzeszczącego co trzeba, a co nie trzeba. Mam poczucie, że jestem sam sterem, żeglarzem, okrętem. Z tego względu chętnie siedzę dłużej w szkole, żeby sprawdzić testy, itd. W domu przygotowuję zajęcia na kolejne dni. Nie przeszkadza mi to i jestem zadowolny, że pracuję dłużej, bo dzięki temu widzę, że jestem lepiej przygotowany, a uczniowie bardziej zadowoleni, a o to właśnie chodzi.
Praca w niestresującej atmosferze, zupełnie innej od tej TCSowej (wyjątek: Kopenhaga) mi absolutnie odpowiada. Nie rozumiem w ogóle, jak nauczyciele mogą narzekać na stresującą pracę. Owszem, miałem pewne kłopoty przejściowe z kilkoma klasami na początku, ale nietrudno było ich ustawić do pionu. W zasadzie kluczem do wszystkiego jest znalezienie sposobu dotarcia do uczniów i zainteresowania ich. Wtedy od razu przestają gadać, źle się zachowywać i robić setkę innych głupich rzeczy.
Ciekawostką jest, że wiele moich klas ma co tydzień test na ocenę. Co tydzień! I wcale nie narzekają. Mało tego, są cholernie zadowoleni z tego co robimy. Klasom M.4 z którymi mam angielski puszczam kilkunastominutowe filmy do których otrzymują test. Muszą wysłuchać filmu i w trakcie słuchania wypełnić test z tegoż filmu. A filmy mam np. o legendarnej piosenkarce z RPA, Miriam Makeba, albo o legendarnym koszykarzu Michaelu Jordanie. Wszystkim klasom tydzień przed, daję tytuł filmu, aby mogli sobie go znaleźć na youtube i zaznajomić z nim. Wszyscy oczywiście oglądają, bo dzięki temu mają lepsze oceny (chociaż pytania testowe dostają dopiero na lekcji). Pewnie gdyby zadał im pracę domową z angielskiego większość by ją olała, spisała albo odbębniła po łebkach. Filmy jednak oglądają z chęcią, bo są po pierwsze ciekawe, a po drugie ich obejrzenie gwarantuje lepszą ocenę. Mnie nie tylko nie przeszkadza, że oglądają je w domu, ja się z tego bardzo cieszę, bo wiem, że spędzają dodatkowy czas z językiem angielskim poza szkołą. Czasem zamiast filmów puszczam piosenki i daję teksty piosenek z pustymi miejscami do wypełnienia. To też im się podoba. Tutaj także mówię tytuły piosenek tydzień przed (test dopiero na lekcji).
Klasom M.2 dałem ostatnio test osobowościowy "Introwertyk - ekstrowertyk" do wypełnienia. Oczywiście po angielsku. Absolutny strzał w dziesiątkę. Uczniowie byli zadowoleni i podekscytowani. Ze słownikami w ręku wypełniali testy, na podstawie uzyskanego wyniku czytali opis własnej osobowości, wymieniali się poglądami. Podobnie było ze znakami zodiaku, które tu w Tajlandii są raczej mało znane. Grunt to dobry temat.
A klasy informatyki z którymi przerabiam od kilku tygodni Photoshopa są po prostu w siódmym niebie. Za każdym razem gdy kończymy lekcję, uczniowie wychodząc stają naprzeciw mnie, robią tajskie "wai" i mówią "dziękuję". Robią tak zupełnie z własnej woli. Zadowoleni są ci, którzy z Photoshopem się wcześniej nie zetknęli i zadowoleni są też ci, którzy już z Photoshopem pracowali, bo wszyscy z nich uczą się rzeczy dla siebie nowych.
Ostatnio w ogóle rozmawiałem z tajską nauczycielką, która też uczy Photoshopa w jednej z klas. Różnica jest taka, że ona uczy absolutnych podstaw wałkując je do znudzenia. U mnie podstawy zajęły 15 minut na pierwszej lekcji, a później od razu wrzuciłem ich na głęboką wodę. Co tydzień robimy inne (chociaż powiązane ze sobą) zaawansowane przykłady i widać, że uczniowie łapią o co chodzi. Dodatkowo zawsze wrzucam im samouczka na Internet z każdej lekcji, żeby mogli przerobić to jeszcze raz w domu. Oczywiście nikogo nie zmuszam do pracy w domu. Wiem jednak, że wielu z innych czyta te angielskie samouczki powtarzając wszystko to, co zrobiliśmy na lekcji, jeszcze raz po godzinach szkolnych. Dzięki temu utrwala im się wiedza z Photoshopa, pracują z językiem angielskim i nie mają poczucia bycia zmuszanym do dodatkowej pracy pozaszkolnej. Same plusy :)
A w ostatnią środę z M.4/6 skończyliśmy wszystko 5 minut przed czasem. Pytam więc uczniów: "Chcecie już iść do domu, czy chcecie pograć w jakieś gry przez 5 minut?". W odpowiedzi usłyszałem: "Chcemy jeszcze jeden przykład". Na przerwy między lekcjami (mamy dwie godziny) też nie chcą wychodzić, bo wolą z Photoshopem pracować :)
|
2010-06-13 O homoseksualizmie w szkole i kraju słów kilka
Wybraliśmy się z Petem na wspólną piątkową kolację przed piątkowym piwem w szerszym gronie (obie opcje stają się już powoli tradycyją) i tak jakoś rozmowa nam zeszła homoseksualistów w szkole, co znaczy nie mnie nie więcej, ale uczniów o odmiennych upodobaniach seksualnych, aniżeli te, które powszechnie uważane są za normalne (czytaj: heteroseksualizm). Doszliśmy do kilku wniosków, które może nie potwierdzają żadnej reguły, ale na pewno są ciekawe. I tak:
- Bycie homo w tajskiej szkole jest tak samo powszechne i zwyczajne, jak bycie fanem piłki nożnej albo słuchanie rockowej muzyki. Nie ma w tym nic nadzwyczajnego, i nikt absolutnie tego nie wyśmiewa. Uczniowie powszechnie wiedzą który ucze? jakie ma preferencje i swoimi wiadomościami dzielą się z nauczycielem, tak zwyczajnie od niechcenia. Uczniowie homo natomiast, zupełnie się nie ukrywają i jeśli ktoś inny nazwie ich mianem geja albo lesbijki po prostu przytakują.
- Wszyscy geje i (chyba) jedna lesbijka w moich klasach to czołowi uczniowie. Tacy, których poziom angielskiego jest na poziomie wyższym, niż średnia poziomu pozostałych uczniów. Zastanawiam się nad tym, skąd się to bierze i myślę sobie, że może gdzieś tam głęboko w głowie i sercu czują się zmarginesowani i z tego właśnie powodu lepiej się uczą, bo jest to najlepsza droga wybicia się i stania się podziwianym przez innych.
- Lesbijki mają zawsze krótsze włosy - to zdanie Pete'a, które zamierzam zbadać przyglądając się bacznie.
- Każdy człowiek rodzi się z pewnymi zaprogramowanymi upodobaniami i raczej ciężko przeskoczyć na "drugą stronę księżyca". Już u kilkuletniego dziecka można zaobserwować pewne stany i zachowania. W czasie praktyki w przedszkolu na wyspie Phuket w lutym tego roku, miałem okazję mieć zajęcia z czterolatkiem, który przejawiał wszystkie objawy homoseksulane nie zdając sobie z tego nawet sprawy. Dobierał się do szkolnego kolegi i... do mnie.
Powszechnie wiadomo, że Tajlandia to kraj homoseksualizmem i transseksualizmem płynący. Ciekawostką jest jednak, że ilość mężczyzn homoseksualnych przekracza kilkukrotnie ilość homoseksualnych kobiet. Rozmawiałem na ten temat z kilkoma Tajkami i wszystkie potwierdzają taki stan rzeczy. Niestety nikt nie umie wskazać przyczyny.
Nawiasem mówiąc Buddyzm - naczelna religia Tajlandii - zupełnie nie wypowiada się w tej sprawie, w odróżnieniu od innych wierzeń, jak chociażby chrześcijaństwo lub islam.
|
2010-06-12 Dzień Nauczyciela
W czwartek 10 czerwca był Dniem Nauczyciela. Wiele słyszałem i trochę widziałem na temat tego dnia, dlatego moje oczekiwania były dosyć spore. Powiem szczerze, że przeżywając swój pierwszy Dzień Nauczyciela w Tajlandii (i pierwszy w ogóle w roli nauczyciela) trochę rozczarowałem się. Myślałem, że będzie wielka pompa, wielka uroczystość, a tu tymczasem... taka trochę... kicha. Zacznijmy jednak od początku.
Wszystko zaczęło się kilka minut po godzinie ósmej rano. Cała nasza załoga "English Corner" doszła do dużego szkolnego parkingu na którym codziennie odbywa się tradycyjne poranne odśpiewanie hymnu, odegranie piosenki szkoły, wciągnięcie flagi, nauczycielska pogadanka i buddyjska modlitwa (osoby innych wyznań mają za zadanie tylko stać i nie gadać). Wszyscy uczniowie byli już zgromadzeni na parkingu stojąc grzecznie w rzędach. Większość tajskich nauczyciela też już przybyła. Całe grono pedagogiczne siedziało na fotelach pokrytych bodajże białym prześcieradłem. Siedzieliśmy oczywiście na małym podwyższeniu, bo według tutejszej tradycji głowa nauczyciela musi być wyżej niż głowa ucznia. Po odśpiewaniu hymnu, odegraniu szkolnej piosenki, zapaleniu świec przed posągiem Buddy i krótkim dyrektorskim wykładzie, zaczęła się część najważniejsza - oddanie hołdu nauczycielom. Trzy rzędu uczniów (czyli około setka uczniów) po kolei podchodziły przez nasze nauczycielskie oblicze, i padając na kolana wręczali nam bardzo ładne, fikuśne i kolorowe bukiety kwiatów w specjalnych pozłacanych fikuśnych wazach. Po wręczeniu bukietów dotykali czołem posadzki i po kilku sekundowym zastygnięciu w pozycji z głową przy podłodze, wstawali i odchodzili, po czym następowała zmiana i kolejny rząd uczniów wykonywał dokładnie to samo. Nie wszyscy uczniowie oczywiście podeszli, bo wszystkich uczniów jest kilka tysięcy. Po tym, gdy trzy rzędy oddały hołd nauczycielom impreza się skończyła. I tyle. Nic więcej. Aha, w czasie hołdów i przemarszu rzędów, szkolna orkiestra przygrywała na tradycyjnych tajskich instrumentach muzycznych.
Trochę to wszystko był krótkie, dlatego też trochę rozczarowujące. Nie wiem jak inne szkoły świętują Dzień Nauczyciela, ale tak jak powiedziałem - jestem lekko rozczarowany. Mogło być lepiej, z większą pompą.
|
2010-06-03 Wai, czyli jak poznać czy uczniowie cię szanują
Jak od zawsze powtarza Pete, a potwierdza to Khun Gayoon, najlepszym sposobem na zmierzenie szacunku jakim darzą nauczyciela uczniowie jest baczne obserwowanie "wai". "Wai" to tajska forma powitania, będąca subsytutem naszego uściśnięcia dłoni. Różnica polega jednak na tym, że w Tajlandii osoba młodsza wykonuje wai pierwsza. "Wai-owanie" polega na złożeniu dłoni razem w geście modlitwy, a następnie pokłonienia się. Im wyżej złożone ręce się znajdują i im niższy jest pokłon, tym szacunek jest większy. Jeśli złożone dłonie znajdują się nisko, gdzieś w okolicach brzucha, można być pewnym, że osoba "wai-ująca" wykonuje powitanie tylko z musu, a tak naprawdę ma nas za totalny głąbów/debili/skurczybyków/idiotów/niedorajdów (niepotrzebne skreślić).
Gdy pierwszy raz dowiedziałem się o znaczeniu "wai" muszę przyznać, że zastanawiałem się jak mi uczniowie będą "wai-ować". Miałem nawet pewne obawy, i jedyne co chciałem, to uniknąć dłoni w okolicy brzucha. Po trzech tygodniach nauki muszę z dumą przyznać, że wszyscy uczniowie którzy mnie "wai-ują" mają dłonie złożone tuż przy czole. To świadczy tylko o dobrej pracy jaką wykonuję. Zdarza się nawet, że gdy idę korytarzam lub chodnikiem studenci podchodzą do mnie wołając: "Nauczycielu!". Zatrzymuję się wtedy i pytam: "Słucham?". A uczeń nic nie mówiąc staje przede mną na baczność, składa dłonie dotykając kciukami czoła i kłania się nisko. Taka akcja to już najwyższy wyraz szacunku.
Oczywiście nie wszyscy "wai-ują". Ci którzy tego nie robią, a znają mnie z lekcji, często zwyczajnie krzyczą: "Hello!", "Good morning!", "Good afternoon!", albo zwyczajnie machają rękami uśmiechając się wesoło. Robią tak, bo jesteśmy obcokrajowcami, i powtarzamy im zawsze, że z nami trzeba się zachowywać tak, jak zachowują się ludzie w Europie lub Ameryce, a więc "wai" jest zbędne i niepotrzebne.
Żeby nie było tak kolorowo, dodam też, że są uczniowie, którzy przejdą koło mnie absolutnie bez żadnego słowa lub gestu. Takich jednak nie jest na szczęście wielu.
A tutaj jest "wai" pełne szacunku, a tutaj zwykłe "wai" bez większego znaczenia.
|
2010-06-02 Poskromienie nieznośnicy, czyli element zaskoczenia w M.2/10
M.2/10 to klasa, która sprawia problemy wszystkim nauczycielom, a młodym i niedoświadczonym, takim jak ja, w szczególności. Na M.2/10 narzeka Dan, narzeka Pete, a w zeszłym roku narzekał też Steve (teraz już ich nie uczy). Mnie M.2/10 też zaszła za skórę tydzień temu. Są głośni, nieznośni, nie słuchają, nie wypełniają poleceń, i ogólnie się zachowują jakby wszystkich i wszystko - a szkołę i nauczycieli przede wszystkim - mieli głęboko w czterech literach. W poprzednim tygodniu swoim wrzaskiem, bo gadaniem tego nazwać się nie da, byli bliscy wyprowadzenia mnie z równowagi. Nawet natychmiastowa kara w ramach której musieli napisać w ciągu dwóch minut osiem zdań z użyciem podanych na lekcji wyrazów, nie wiele zmieniła. Co z tego, że zebrałem zeszyty i posypała się masa zer...
Muszę przyznać, że długo myślałem jak ich załatwić, aż w końcu rozwiązaniem przyszło mi do głowy, gdy siedziałem w pozycji kwiatu lotosu na plaży w Prachuap Khiri Khan - ich załatwić się nie da. Bo jeśli zadam pracę domową, będzie to działanie tylko chwilowe. Jeśli postawię kupę zer to może za którymś razem się uspokoją, ale ich spokój będzie wynikać ze strachu, a nie z szacunku i zainteresowania przedmiotem. Wymyślać fajne gry słowne nie wypada, bo fajne gry powinno być nagrodą, a nie następować po chałaśliwych wrzaskach. Krzyczeć też na nich nie będę, bo nie lubię krzyku, a po za tym szkoda gardło sobie zdzierać. Nie mówiąc już o tym, że jeden nauczyciel 40-stu gardeł i tak nie przekrzyczy. Trzeba więc zastosować coś innego. Coś, czego być może się nie spodziewają - bierność i cierpliwość, rzecz w tajskich szkołach podobno rzadka (krzyk i kary są bardziej w modzie).
Gdy dzisiaj wszedłem do klasy rozgardiasz panował jak zawsze. Krzyki, wrzaski i swawole. Nic nie mówiąc wziąłem sobie spokojnie taboret, postawiłem pod tablicą i cichutko sobie usiadłem. I patrzę bez słowa. Dzwonek zadzwonił, a oni dalej swoje. Po minucie-dwóch szef klasowy zakrzyknął "Stand up, please! Good afternoon, teacher!" ("Proszę wstać! Dzień dobry nauczycielu!"). Nie odpowiadając słowem i wciąż siedząc na taborecie wyciągnąłem tylko rękę w której trzymałem kartkę A4 z taką oto treścią:
"Zaczniemy dzisiejszą lekcję, gdy:
- wszyscy uczniowie przestaną gadać
- wszyscy uczniowie usiądą w odpowiednim ustawieniu: 3 dziewczyny, 1 chłopak, 3 dziewczyny, 1 chłopak, ...
- szef klasy poprosi mnie o rozpoczęcie lekcji.
Dopiero po chwili jedna z uczennic wzięła kartkę i rozpoczęli rozszyfrowywać trudny język angielski. Kartka krążyła od osoby do osoby. W tym samym czasie do sali wchodzili spóźnialscy. Oddawali mi tradycyjne ukłony "wai", jednak ja nadal miałem kamienną twarz. Kartka krążyła dalej. W końcu ktoś wyjął słownik i rozpoczęto na dobre tłumaczenie treści kartki. Po kilku minutach udało się. Wiadomość rozszyfrowana. Uczniowie sami zaczęli się przesiadać według zadanego klucza: 3 dziewczyny, 1 chłopak, 3 dziewczyny, 1 chłopak. Dobrych kilka minut im to zajęło. Gdy wydawało im się, że jest już dobrze, zapanowała cisza, a szef klasy wstał i zapytał: "Nauczycielu, czy możemy już zacząć?". Popatrzałem dookoła. W jednym miejscu na samym końcu sali siedziało dwóch chłopaków obok siebie. Nie wypowiadając ani słowa pokazałem tylko palcem w ich kierunku. Wszyscy odwrócili się zauważając błąd w ustawieniu - 2 chłopaków obok siebie być nie może. Znów zaczęli się przegrupowywać, a ja dalej cicho sobie siedziałem obserwując ich spokojnie. W końcu im się udało znaleźć optymalne ustawienie. Szef klasy ponownie wstał i zapytał: "Nauczycielu, czy możemy już zacząć?". "Tak, możemy". Mówiąc normalnym poziomem głosu przeczytałem listę obecności. Kilka osób nie dosłyszało swojego imienia, więc dostali nieobecność (trzeba słuchać, a nie myśleć o niebieskich migdałach). Do końca lekcji panował spokój. Ani razu nie musiałem już podnosić głosu. Zobaczymy jednak jak będzie następnym razem.
Notabene, M.2/10 to moja druga naprawiona klasa. Pierwszą była M.3/12 na zajęciach z informatyki. W trakcie, gdy wykładałem teorię powłączali sobie komputery i zaczęli grać. Dałem im więc trzy minuty na wyłączenie komputerów, po czym przeszedłem się po klasie i obniżyłem większości oceny za aktywność (co później odbiło im się smrodem na ocenach z unitu - pierwszej jednostki lekcyjnej). Od tej pory pytają już zawsze, czy mogą włączyć komputery. Podobnym sposobem wykorzeniłem chodzenie po klasie w czasie zajęć z informatyki.
|
2010-06-01 MW, koszykówka i mój Come Back :)
Gdyby koszykówkę porównać do miłości, to MW byłby moim najlepszym kochankiem. MW to inicjały człowieka, którego znam jeszcze z czasów chodzenia w pieluchach, nie wspominając już nawet o zabawie w piaskownicy. Z MW spędziłem najwięcej czasu w życiu doczesnym na grze w kosza. I pewnie, nawet jeśli grałbym w kosza do 50-ątki (albo i dłużej) dwa razy w tygodniu, to i tak nikt nie przebiłby ilości godzin jakie spędziłem kozłując piłkę z MW.
Ćwiczyć zajoba - jak nazywał to pieszczotliwie mój tata, który znany jest ze swoich niezwykle trafnych porównań - zacząłem gdzieś w okolicach VIII klasy podstawówki. Równolegle w tym samym czasie MW też zaczął kozłować gałę. Były to stare dobre czasy, gdy w piątkowe popołudnie program 2 Telewizji Polskiej puszczał z poślizgiem stare mecze działającej nam na wyobraźnię NBA. Każdy godzinny program zaczynał się już od kultowego okrzyku "Hej, hej, tu NBA". Im dłużej graliśmy, tym bardziej nas wciągąło, i tym cześciej można nas było spotkać na boisku do kosza. Były tygodnie w których graliśmy więcej niż 7 razy, bo i przed obiadem, i po obiedzie. Graliśmy w 40-sto stopniowym upale, po którym do końca dnia bolała głowa od nasłonecznienia. Graliśmy w zimę, przy minusowej temperaturze, gdy palce zamarzały i nie dało się złapać piłki. Graliśmy przy porywistym wietrze, gdy piłka skręcała przy każdym rzucie. Graliśmy nawet w deszczu i po zmierzchu, gdy nie było prawie nic widać. Graliśmy, graliśmy i graliśmy. Nigdy nam się nie nudziło. Jak zaczęliśmy w VIII klasie podstawówki, tak zatrzymaliśmy się na 5 roku studiów, gdy tuż po obronie pracy magisterskiej poleciałem do Indii. Od tego momentu miałem długi, bo pięcioletni rozbrat z koszykówką, który zakończył się kilka tygodni temu, gdy wprowadziłem się do mieszkania w Phetchaburi i odkryłem, że w mojej najbliższej okolicy są cztery porządne boiska do koszykówki, na których masa nastolatków, a nawet i dwudziestolatków klepie gałę. Nie minęło kilka dni, gdy na stanie mojego posiadania pojawiła się znów piłka do koszykówki, a obok niej pompka, koszulka z numerem 14 (niestety nie było numeru 45 z którym grałem w czasach gry z MW), spodenki i podrabiane buty adidasa.
Teraz gram w kosza przynajmniej raz w tygodniu. Czasem z przygodnymi Tajami, którzy akurat znaleźli się na boisku, a czasem z innym nauczycielami z mojej szkoły. Wypada nawet wtrącić, że ostatniej niedzieli zaczęliśmy się nawet zastanawiać nad stworzeniem wspólnej drużyny i zagraniu meczu z naszymi uczniami w czasie sierpniowego Tygodnia Sportowego. Kto wie, kto wie. Jeśli tylko ekipa się zmontuje możemy skopać tyłki młodzikom.
Co by jednak nie mówić, obecne gry nijak się mają do historycznych pojedynków z MW. MW to był najlepszy i najtwardszy sparing-partner EVER. Znaliśmy się jak łyse konie. Jeden znał każde zagranie drugiego, każdy ruch. Znał nawet myśli przeciwnika, zanim ten zdecydował się na jakąkolwiek akcję. Pojedynki z MW pozwalały dopracować najmniejsze szczegóły każdego zagrania. Jakie wielkie było zdziwienie każdego z nas, gdy drugi nagle popisał się nową akcję i zwiódł w pole przeciwnika trafiając punkty.
Mieliśmy z MW sezony w których to on mi łoił skórę, aż wióry leciały. Mieliśmy sezony, gdy to ja kopałem mu dupę i sadzałem na niej kwiatki. Pamiętne to były momenty. Do tej pory mogę zamknąć oczy i przypomnieć sobie niektóre swoje rzuty nad wyciągniętymi rękami MW. Pamiętam też akcje w których podawałem piłkę do MW a ten trafiał jak profesor, gdy graliśmy z innymi chłopakami. Każdy z nas miał swoje akcje, które mało kto mógł zatrzymać. Pamiętam na przykład mecz z Marchewką i Pawlikiem. Gdy podawałem gałę do MW, a ten rozpędzał się z lewej strony boiska, wiedziałem, że mogę już zacząc dłubać w nosie, bo on i tak skończy tę akcję punktami. Ach, co to były za mecze...
Teraz po pięciu latach niegrania nie jestem już tak szybki i skoczny jak kiedyś. Nie umiem już "wisieć" w powietrzu. Rzadziej trafiam, nawet z czystych pozycji. Za to nie zapomniałem gry w defensywie, którą grając z MW doprowadziłem do perfekcji. Bez względu na to, czy gram z nauczycielami, czy z uczniami, czy przeciwnik jest wyższy, grubszy, albo szybszy, nadal mogę go przepchnąć pod koszem, odpowiednio zastawić, a czasem nawet wykonać jeden prosty ruch ciałem po którym się przewraca (w ostatnią niedzielę Steve zaliczył dwie gleby). Pewne rzeczy pozostały w głowie, inne wymagają odświeżenia i treningów.
Wpis ten dedykuję oczywiście MW, jednemu z najlepszych zawodników, oczywiście tuż za mną, bo najlepszym na Budowlance byłem i jestem naturalnie JA :P
|
2010-05-30 Krótki wypad do Prachuap Khiri Khan
W piątek rano wybrałem się do odległego o 130km miasta Prachuap Khiri Khan. „Gdzie?” pytają do wszyscy. Do Prachuap Khiri Khan, miejsca o którym istnieniu nie ma pojęcia ani statystyczny, ani nie-statystyczny farang (obcokrajowiec). Wszyscy tylko Pattaya, Phuket, Krabi, Ko Tao, Ko Phi Phi i inne miejsca zaczynające się na „Ko”. A tu się tymczasem okazuje, że połowę z tych niby super miejsc Prachuap Khiri Khan urodą bije na głowę, a z resztą bez kompleksów może konkurować.
Miejsce znaduje się o niecałe 2.5 godziny minivanem na południe, gdzieś pomiędzy Bangkokiem a turystycznymi Phuketami.
Plaż w okolicy PKK naliczyłem pięć, ale nie wykluczone że jest więcej. Wszystkie ładne, piaszczyste, szerokie, z ławeczkami na obrzeżach, porządnymi parkingami, i – czasami – nawet drzewami pod którymi wspomniane ławeczki sobie stoją. Do tego dodajmy jeszcze wapienne skały porośnięte gąszczem zieleni, które wyrastają w morzu, i oto mamy obraz jednego z najlepszych miejsc plażowo-wypoczynkowych. Oczywiście jak przystało na turystycznie nieuczęszczane miejsce, ceny pokoi są niziutko-malutkie (płaciłem 160 THB za dobę = około 17zł), a ceny żarcia jeszcze lepsze (w przewadze owoce morza).
Nie ma jednak co się dalej rozpływać nad wspaniałością miejsca, bo trzeba opowiedzieć historie, jakie mnie tam spotkały. A opowiadać jest o czym, bo i żołnierz do mnie z karabinu celował, i policja dwa razy zatrzymała. Spotkałem jeszcze samozwańczego nazistę i osobę płci do tej pory nie wiem jakiej. Zacznijmy jednak od początku.
Do PKK trafiłem gdzieś około 11AM w piątek i już o 11:30AM jechałem wypożyczonym skuterem. Tutaj należy się małe wtrącenie, że PKK przynajmniej 20% to baza wojskowa. Mnie to jednak ani ziębi ani grzeje. Jadę sobie skuterem, skręcam w lewo, a tu na drodze stoi wielgaśna brama – checkpoint – a przy niej policjant. Zatrzymałem się i zastanawiam, czy przejechać przez bramę można, czy nie. Zanim podjąłem ostateczny werdykt w głowie mej, jakiś samochód bez większych ceregieli przez bramę przejechał. Wcisnąłem więc gaz, policjant mnie nie zatrzymał i przejechałem. Jadę, jadę, a tu na drodze wyrasta szlaban. Nie jest to jednak szlaban odgradzający od torów kolejowych, ale od... pasa lotniczego. PASA LOTNICZEGO! Takie “cuś” to ja do tej pory tylko na Goa widziałem i myślałem, że pomysły tego typu są tylko i wyłącznie dominą Indusów. Okazuje się, że nie. Szlaban jednak był podniesiony, więc przejechałem przez pas lotniczy pokładając się niemal ze śmiechu z faktu, że oto właśnie przez pas lotniczy jadę i że szlabany po obu stronach pasa twardo stoją do góry. Tak też dojechałem do... bazy wojskowej. A jakże! Baza okazała się otwarta i w jakimś stopniu nawet przyjazdna turystom, bo nawet ustawili na trawie samoloty, żeby sobie można było popatrzeć i podotykać. Tak więc krążę sobie skuterem po obcej bazie wojskowej, gdzie niegdzie zasieki stoją, ja krążę dalej, aż tu widzę jeden z zasieków otwarty radośnie na ościerz. Otwarte, więc jadę. Nie ujechałem dziesięć metrów, a tu widzę tablicę z napisem „NO ENTRY” („Nie ma wjazdu”). Zatrzymałem się natychmiast. Co jednak będę zawracać od razu. Popatrzę najpierw co ciekawego okolica ma do zaoferowania. Zerkam spokojnie a to w lewo, a to w prawo, aż tu nagle z budki wybiega umundurowany żołnierz z karabinem w ręku i leci do mnie. Ja już w strachu. On się zatrzymuje, karabin na ramię i bierze mnie na muszkę. Nie wiele myśląc w pierwszej sekundzie ręcę do góry, w drugiej sekundzie ręcę na kierownicę, szybki odwrót skutera i w długą. Jak podsumował to mój kolega Pete, nauczyłem się międzynarodowego znaku „Zamknięte” :)
Z bazy następnie udałem się na kolejną plażę. Plaża ładna i nie ma się tu co rozpisywać. Po jakimś czasie plaża się znudziła, więc zawróciłem skuterem w przeciwległą stronę miasta. Znów przejechałem przez pas lotniczy i przez bramę. Następna plaża też ładna. Pojechałem na krótką drzemkę do hotelu, a po drzemce znów hulaj dusza piekła nie ma, jedziemy na plażę. Znów przez bramkę. Tym razem jednak policjant macha mi ręką żebym się zatrzymał. Stanąłem więc i czekam co władza ma mi do zaoferowania:
- Biuro – zagaduje policjant.
- Co biuro? – odpowiadam.
- Biuro.
- Jakie biuro?
- Biuro.
- Gdzie to biuro?
- Biuro, tralalalalala – zaczyna gadać po tajsku.
- Nie rozumiem tajskiego. Mówisz po angielsku?
W tym miejscu policjant się zamyślił, aż w końcu wyrzucił z siebie magiczne „you go” („Ty jedź”). Jak jedź, to jedź. Pojechałem. Oczywiście, aby pojechać gdziekolwiek musiałem znów przejechać przez mój ulubiony pas lotniczy. Trafiłem na kolejną plażę, tam posiliłem się wielgaśnymi smażonymi krewetkami z ryżem. Zaczęło się ściemniać powoli, więc wracam. Tym razem przez pas lotniczy, pomyślałem sobie, że skoro na pasie lotniczym już jestem, to fajnie byłoby go przejechać wzdłuż, a nie tylko wszerz. Jak pomyślał, tak zrobił. Pojeździłem trochę po pasie aż mi się znudziło, po czym wracam. A tu nagle przed bramką zasieki stoją i dodatkowy policjant. Patrzę jednak co się dzieje przede mną. Jeden samochód przejechał bez kłopotów. Drugi samochód przejechał bez kłopotów, więc pewnie i ja przejadę. Jadę więc, a tu policjant ręką macha i zatrzymuje mnie. Zacząłem więc zwalniać, a tu policjant rękę do góry podnosi. Ja człowiek nieznający się na ludzkiej sygnalizacji pomyślałem, że ta ręka podniesiona to jak szlaban działa, więc pewnie mogę jechać dalej. Nacisnąłem więc na gas, a tu policjant niemal pod koła mi się nie rzucił i krzyczy:
- Biuro!
- Ja jednak udaję głupiego turystę – Jakie biuro?
- Biuro!
- Co za biuro?
- Biuro! – i pokazuje mi palcem na jakiś budynek – Ty biuro!
Nie wypadało zrobić nic innego, jak pojechać do biura. Podjechałem, a w głowie zaczynają się kotłować myśli „cholera, zobaczyli, że jeździłem po pasie i teraz mnie zamkną, albo mandat wlepią, a ja tu bez prawa jazdy, bo nigdy prawa jazdy nie zrobiłem, bez paszportu, bo jakoś nie pomyślałem, że muszę ze sobą zabrać. Będzie przesrane”. Wchodzę więc do biura z duszą w nogawce. W środku pusto jak w kościele. Zakrzykuję więc na powitanie „Saładiikaaaap”. Po chwili wychodzi policjant i żołnierz ze spluwą. Jak wyszli, tak stanęli i patrzą się na mnie. Ja więc patrzę się na nich.
- Zeszyt! – pierwszy zagaduje.
- Jaki zeszyt? – pytam się nie wiedząc o co chodzi.
- Zeszyt!
- Co za zeszyt?
- Zeszyt! – i wyjmuje zeszyt kładąc na biurku.
Patrzę więc na zeszyt. A4. Niebieska okładka. Nadal jednak nie wiem o co chodzi.
- Zeszyt! – on dalej swoje.
- No, zeszyt, ale o co chodzi?
- Ty zeszyt!
- Co ja zeszyt?
- Ty zeszyt! – i otwiera zeszyt na jednej ze stron.
Patrzę, jakieś nazwiska, imiona, narodowości. Niemiec, Włoch, Francuz, itd. Nadal jednak nie wiem o co chodzi.
- Ty zeszyt?
- Ja? Nie, mnie nie ma w zeszycie.
- Ty zeszyt! – i podaje mi długopis.
Wpisałem więc imię, nazwisko i narodowość. Na szczęście nie było nic o paszporcie. Są jednak kolumny „czas wjazdu” i „czas wyjazdu”. Nie kontaktując za bardzo o co chodzi z tymi czasami, pytam:
- Czas wjazdu i czas wyjazdu, to są czasy wjazdu i wyjazdu z miasta, czy przez bramę?
- OK. – odpowiada policjant.
- Mam wpisać czas przejazdu przez bramę, czy czas wjazdu do miasta? Po za tym nie wiem jeszcze, kiedy wyjadę z Prachuap Khiri Khan.
- OK.
- Hm... Co to jest czas wjazdu? – pytam dalej.
- OK.
- No... OK... ale co z tymi czasami?
- OK.
- OK?
- OK.
- To rozumiem, że wszystko jest OK.
- OK.
- To ja może już sobie pójdę?
- OK.
- To ja idę...
- OK.
- To... do widzenia?
- OK.
- OK.
Obróciłem się szybko na pięcie, wyszedłem, wsiadłem na skuter, przejechałem przez bramkę i tyle mnie widzieli.
A wieczorem najpierw spotkałem pijanego jegomościa z Austrii wychwalającego Hitlera Adolfa ponad wszystko i tytułującego się dumnie mianem „Nazi”, który pie*****li wszystkich w je****ną k***a d***ę, a przede wszystkim wszystkich nowych członków UE, nie-członków UE i przynajmniej połowę krajów azjatyckich. Nie wiem, jak ktoś taki mógł otrzymać paszport i legalnie podróżować. Wcześniej czy później ktoś pewnie obije mu mordę porządnie.
Później natomiast spotkałem... hmm... osobę. Osobę o skórze bladej jak ściana, włosach jasnych jak ściana, klatce piersiowej takiej, że nie wiadomo, czy to biust czy klatka piersiowa. Do tego wszystkiego osoba ta, twierdziła, że pochodzi z Japonii. Ciekawostka. Nadal nie wiem – a chciałbym wiedzieć – jaka była płeć tejże osoby.
Z Prachuap Khiri Khan do Phetchaburi wróciłem w sobotę dnia następnego. W niedzielę natomiast graliśmy z chłopakami w kosza, ale to już temat na kolejny wpis.
|
2010-05-25 Ściana pełna tych samych cegieł
Odnoszę wrażenie, że w pewnym sensie tajski system nauczania to produkcja idealnie takich samych cegieł mających znaleźć się w dokładnie tej samej ścianie. Skąd takie wrażenie? Ano stąd, że oprócz szkolnych uniformów, które jak nazwa świadczy są takie same - białe koszule z logo szkoły i imieniem ucznia, czarne spodnie do kolana lub spódniczki tuż za kolano, białe trampki dla dziewczyny i czarne dla chłopaka. Szkolny uniform to jednak nie wszystko, bo trzeba jeszcze uczniom nakazać posiadanie takiej samej fryzury, która jest co jakiś czas sprawdzana. Jeśli długość włosów przekracza dopuszczalny limit, tajski nauczyciel wyciąga nożyczki i publicznie skraca włosy delikwenta wcześniej jeszcze zdzielając go parę razy w głowę.
Ja jako człowiek wyznający zasadę indywidualności, wolności i niepodległości jednostki, nie mogę się pogodzić z tą częścią tajskiego systemu edukacji. Nie lubię taśmowej produkcji mózgów stadnych. Mówię więc NIE dla, jak śpiewał zespół Pink Floyd, "another brick in the wall".
|
2010-05-24 Początek roku szkolnego.
Zaczął się nowy rok szkolny 2553/2554. Roczniki oczywiście według kalendarza buddyjskiego. Pierwszy tydzień był bardzo, bardzo, ale to bardzo długi. Każdy dzień ciągnął się w nieskończoność, co nie znaczy, że mi nie podobało. Wprost przeciwnie. Za wyjątkiem pierwszych poniedziałkowych zajęć wszystko przebiegało jak najlepiej, chociaż na pewno mogłoby być lepiej. Ogólnie zresztą każdy pojedynczy dzień w moim wykonaniu był lepszy od poprzedniego.
Największe trudności były z klasą poniedziałkową, M.4/7. Uczniowie angielski mają kiepski. Ja według zaleceń zanudzałem ich planem zajęć na cały semester oraz zasadami zajęć jakiem będziemy razem mieć. Założę się, że nikt z nich nic nie zapamiętał. Po za tym zablokowali się, nie chcieli nic mówić, nie rozumieli, i w ogólnie byli na nie, albo zupełnie milczeli. Dzisiaj jednak mieliśmy zajęcia numer 2, i wyobraźcie sobie, że rozruszałem tych ospałych studentów z kiepską znajomością angielskiego. Rozbujałem ich do tego stopnia, że zaczęli wykrzykiwać wyrazy angielskiego. Nie mówić, ale wykrzykiwać, aby tylko dostać plusa i aby tylko ich wyraz znalazł się na tablicy. A mnie o to właśnie chodziło, bo na moich zajęcia cicho nigdy nie jest. My mamy mówić lub nawet krzyczeć po angielsku. Im więcej, tym lepiej. A im głośniej, tym bardziej wszyscy się nakręcają. Coco-jambo i do przodu :)
Na innych zajęciach z konwersacji angielskiego panuje podobna atmosfera. Apogeum póki co odbyło się dzisiaj z M.4/3. Bez większego problemu zapanowałem nad 45-osobowym tłumem 15-latków, którzy wręcz prześcigali się w wymyślaniu coraz to nowych miejsc na ciele gdzie mogą mieć tatuaż, oraz rodzaj tego tatuażu. Bo, my na zajęciach nie popychamy bajek o "Bolku i Lolku" i "Jasiu i Małgosi". My gadamy na tematy gotujące nam krew w żyłach - tatuaże i kolczykowanie ciała, takie mamy teraz tematy!
Na zajęciach z Informatyki jest o dobre 75% ciszej, bo i zajęcia inne. Problem tylko miałem w środę z M.4/6, bo nagle ni stąd ni zowąd uczniowie powłączali sobie kompy i zaczęli hulać i swawolić na grach kompuetrowych, czatach, Internecie, i innych głupotach. Po około pięciu minutach zapadła jednak absolutna cisza. Zwyczajnie dałem im czas na wyłącznie kompów, po czym przeszedłem się po sali i wręczyłem ponad 10 minusów. Do końca lekcji był spokój. A minusy liczą się do Aktywności, a Aktywność wpływa na ocenę. Po tym jak walnąłem ponad 10 minusów, dałem łatwe pytania na plusy i nagle wszyscy załapali, że tutaj łatwo jest dostać i plus i minusa, a zależy do tylko od tego, czy nauczyciela się słucha czy nie. I tak też nauczyciela słuchanie rozpoczęło się.
|
2010-05-19 Sytuacja w Bangkoku
Nie będę opisywał sytuacji w Bangkoku, tego kto z kim się bije i dlaczego. Niech po prostu przemówią zdjęcia z linka poniżej:
http://www.boston.com/bigpicture/2010/05/protests_turn_deadly_in_thaila.html?camp=localsearch:on:twit:bigpic
|
2010-05-16 Tajska piłka nożna
Wczoraj całkiem przypadkiem trafiłem na mecz piłki nożnej lokalnego zespołu Phetchaburi FC. Zespół reprezentujący miasto w którym mieszkam, gra w III najniższej klasie rozgrywkowej. Zajmuje obecnie 10. miejsce w szesnastozespołowej grupie (trzecia liga podzielona jest na kilka grup). Rozgrywki, w przeciwieństwie do europejskich, które zakończyły się w ten weekend, nie dotarły nawet jeszcze do półmetku - rozegrano dopiero dwanaście kolejek. "Byki", bo taki przydomek ma Phetchaburi FC, raczej nie mają szans na awans do II ligi - tracą do lidera aż 13 punktów. Dobrą informacją jest jednak, że na pewno nie grozi im spadek. Powód? Z trzeciej ligi spaść już się nie da :)
Co do samego meczu. Mecz wyglądał jak bieganina dwudziestu dwóch inwalidów piłkarskich z których każdy próbował popełnić jak najmniej błędów stosując prostą taktykę kopania piłki w kierunku bramki przeciwnika. Myślę, że gdyby sfilmować chociaż jeden cały mecz, możnaby z powodzeniem zmontować film instruktarzowy pod tytułem "Jak nie należy grać w piłkę nożną". Sukces gwarantowany. Zespół "Byków" ostatecznie wygrał 2:0, przy czym pierwszy gol padł po potrójnym rykoszecie. Ot, gmatwanina pod bramką. Nagle piłka trafia pod nogi zawodnika Niebieskich (takie barwy ma Phetchaburi FC), który niewiele myślać huknął w kierunku bramki. Piłka odbija się od bramkarza, później od obrońcy. Skręca w lewo trafia w kolano przebiegającego zawodnika "Byków" i wtacza się do bramki. Zupełny przypadek, ale prowadzenie zdobyte. Drugi gol wpadł - ku mojemu zdziwieniu - po dobrym podaniu. Rezerwowy Niebieskich, który tyle co wszedł na boisko, dostał piłkę przed polem karnym z łatwością minął obrońcę, który potknął się o własne nogi (co zdarza się bardzo często), wyszedł sam na sam z bramkarzem, którego prostym zwodem minął strzelając na pustą bramkę. Garstka zebranych kibiców oszalała na około 5 sekund, po czym usiadła wracając do wcześniejszego letargu, w którym zatopiona była od początku meczu.
Ciekawostką, której jeszcze nie rozpracowałem, jest kontuzjogenność zawodników nie biorących udziału w akcji i wolno stojących z daleka od jakichkolwiek wydarzeń. Kilka razy zdarzyło się, że tu nagle kopanina po lewej stronie boiska, podczas gdy po prawej wolno stojący napastnik gości upada z niewiadomego powodu na murawę. Sędzia natychmiast przerywa mecz, a na boisko wbiega nosiwoda z dwoma półlitrowym butelkami w rękach. Zwijający się z bólu zawodnik dostaje łyka, i gra toczy się dalej. Być może to kwestia upału (mecz rozgrywany był o godzinie 16), a być może to taka tajska taktyka piłkarska - przewrócić się potykając o powietrze i przerwać akcję drużyny przeciwnej.
Kilka słów należy się na temat stadionu. Murawa boiska to zwykłe klepisko z garbami i zaoraną trawą. Obraz nędzy i rozpaczy. Lepsze boisko mieliśmy na podwórku pomiędzy blokiem 17 i 19 na dawnej ZWM. Stadion ma tylko jedną trybunę, która w całości jest kryta. Nie ma na niej ani jednego krzesełka. Kibice siedzą więc na gołej podłodze. Na trybunę może wejdzie 200 osób. Może. Reszta jednak musi stać dookoła boiska, które odgrodzone jest półmetrowym metalowym płotem z główną bramą wejściową otwartą na oścież. Oglądanie meczu nie kosztuje nic, bo trudno byłoby pobierać opłaty od ludzi stojących na jezdni, która okala boisko z trzech stron.
Gra przerywana jest dosłownie co pół minuty, bo albo ktoś przewrócił się o kogoś, albo potknął o trawę lub własne nogi, albo po prostu upadł bez powodu. Sędzia jednak wszystko interpretuje jako faul na korzyść raz jednej, raz drugiej drużyny. Jeśli więc wydaje wam się, że nasza polska liga to obraz inwalidzkiej nędzy i rozpaczy, pamiętajcie, że są na świecie takie ligi, jak Tajska, gdzie kibicom powinno płacić się za przychodzenie na mecze.
|
2010-05-12 Jesteśmy w komplecie
EP, czyli English Program jest już w komplecie. Wszyscy nauczyciele są na posterunku i w poniedziałek zaczynamy nowy rok szkolny. Krótko przedstawię bohaterów naszego Programu:
- Khun Gayoon - tajska szefowa dobrze po 50-siątce. Dobra, uczciwa i otwarta kobieta, która jednak notorycznie albo mocno dyskutuje z francusko-języcznym Kanadyjczykiem, albo żartuje próbując mu się odgryźć za teksty, które on rzuca pod jej adresem. Prawdę mówiąc jednak, ta para się uwielbia. "Khun" to tytuł grzecznościowy podkreślający jej rolę w zespole.
- Jean - wspomniany Kanadyjczyk z francuskiej części kraju "czerwonego liścia". Posiada tytuł doktora i zachowuje się jak doktor. Dobrze zdaje sobie sprawę z własnej inteligencji, dlatego czasem zachowuje się nieco charyzmatycznie ocierając się nawet o bezczelność. W kwestiach merytorycznych zawsze można jednak na niego liczyć. Nie lubi sportu i jasno daje to wszystkim do zrozumienia. Ten rok będzie już jego piątym w tej samej szkole. Wiek: późna 50-tka.
- Steve - dobra dusza. Amerykanin mieszkający od kilkudziesięciu lat w Phetchaburi ze swoją tajską żoną. W szkole pracuje jednak dopiero od roku. Jest drugim obok mnie nauczycielem informatyki. Szczerze jednak mówiąc miano "informatyk" jest zbyt wygórowanym określeniem w jego przypadku. Dał się poznać jako świetny organizator w czasie dwutygodniowego kursu przygotowującego dla nowych uczniów. W biurze siedzi tuż za mną. Często służy dobrą radą.
- Pete - kolejny Amerykanin. Pierwszy raz w naszej szkole. Wcześniej jednak pracował w Ubon Ratchathani, we wschodniej części Tajlandii. Zaliczył też kilka lat na Filipinach. Uwielbia gadać i wszyscy zaczynają już sobie powoli z tego robić żarty. Gdy idziemy na obiad, zatrzymuje się praktycznie przy każdej większej grupce uczniów próbując do nich zagadać. Uczniowie go lubią za częste "klaunowanie". Dosyć dobrze mówi po tajsku, choć nigdy się do tego nie przyzna.
- John - kolejny pięćdziesięciolatek w zespole. Kanadyjczyk, ale z angielskojęzycznej części kraju. Uwielbia przekomarzać się z Pete'm na temat wyższości Kanady na Stanami. Mnie czasem zaczepia porównując do Rosjan. Zawsze tryska dobrym humorem i, jak twierdzi, liczne zmarszczki zawdzięcza pozytywnemu nastawieniu do życia.
- Adrian - niewiele młodszy ode mnie nauczyciel angielskiego i muzyki. Gra na kilku instrumentach. Mieszka z dziewczyną Tajką, która chociaż bardzo nieśmiała, trzyma go na krótkiej smyczy. Jest zdeklarowanym buddystą i myślicielem ratującym świat. Nie pije alkoholu.
- Wu - jedyny Chińczyk w zespole. W szkole pracuje już kilka dobrych lat. Nie wybija się szczególnie z tłumu, ale można z nim pogadać na wiele ciekawych tematów. Ostatnio dyskutujemy o Tybecie.
- Daniel - najmłodszy w zespole. Tyle co po studiach. W ciągu zaledwie dwóch miesięcy w Tajlandii nauczył się tajskiego lepiej niż ktokolwiek inny w całym zespole. Jest drugim obok Adriana nauczycielem muzyki. Jak dla mnie, tajska dziewczyna w jego przypadku jest tylko kwestią czasu.
- Paul - przyjechał później, bo zaledwie tydzień temu. Emeryt, który wybrał sobie Tajlandię na odpoczynek. Dosyć cichy, ale być może jeszcze nie wkomponował się w zespół. Ma widoczne problemy w obsłudze komputera.
- Emma i Craig - para Brytyjczyków, którzy dojechali najpóźniej ze wszystkich. To właśnie oni mieli początkowo mieszkać w moim domu. Z powodu zbyt późnego dotarcia na miejsce, khun Gayoon zaoferowała mieszkanie mnie. Tyle co skończyli kurs TEFL na wyspie Phuket, w innym jednak miejscu niż ja. Ich dopiero poznajemy.
|
2010-05-04 Kilka słów o klasach
Szkoła w której pracuję jest połączeniem gimnazjum ze szkołą średnią, a co za tym idzie nauka w szkole trwa 6 lat (3+3). Z tego co mi wiadomo takie podejście do sprawy nie jest w Tajlandii rzadkością i moja szkoła nie jest tutaj żadnym fenomenem albo odstępstwem od reguły. Ciekawostką jest, że taka zintegrowana nauka jest do tego stopnia zaciśniona, że klasy numerowane są od 1 do 6, bez rozgraniczenia pomiędzy gimnazjum a szkołą średnią. Nadmienić należy, że przy każdym numerze klasy nie pojawiają się tak jak w Polsce literki "A", "B", itd., ale numery. Mamy więc na przykład M.2/1, M.2/2, M.2/3, gdzie pierwsza cyfra oznacza numer roku nauczania, a druga numer klasy. Przykładowo więc polskiej 5C odpowiadać będzie tajska M.5/3.
Uczniowie znajdujący się w danych klasach nie dostali się do nich na zasadzie losowania, albo ślepego trafu. Okazuje się, że numer klasy (druga liczba) oznacza poziom wiedzy uczniów oraz ich specjalizację. I tak:
- Klasy od 1 do 5 to klasy naukowców, przy czym klasa o numerze 1 ma najwięcej "mózgowców", a klasa o numerze 5 jest najsłabsza w przedmiotach ścisłych w kategorii "nauka".
- Klasy o numerach od 6 do 8 to klasy zorientowane na matematykę i angielski. Oczywiście także tutaj najlepszą klasą matematyczno-anglistyczną jest klasa o numerze 6, a najsłabszą 8.
- Klasy 9-11 to językowcy. Ich średnia znajomość angielskiego, mandaryńskiego (czyli chińskiego) oraz francuskiego jest najwyższa spośród wszystkich klas. Naturalnie 9 jest bardziej zaawansowana niż 11.
- Klasy o numerach 12-13, jak mi to obrazowo przedstawiono, są zorientowane na... cierpliwość. Można powiedzieć, że tutaj jest najwięcej uczniów słabych i półgłówków. Praca z nimi to wielka próba cierpliwości i powtarzania w_koło_Wojtek_tego_samego. Tutaj lepiej nie uczyć.
Mnie trafiły się następujące klasy i przedmioty, których będę nauczać:
- Konwersacje Angielskiego - M.2/10 i M.2/11
- Konwersacje Angielskiego - M.2/1 i M.2/9
- Konwersacje Angielskiego - M.4/2, M.4/3, M.4/7 i M.4/8
- Informatyka - M.3/11 i M.3/12
- Informatyka - M.4/1 i M.4/6
Literka "M" oznacza "mattayom". Nie pytajcie jak to przetłumaczyć na nasze, bo nie mam pojęcia. Nauczyłem się po prostu wymowy ("metjom") i sobie wymawiam. Czasem też powiem w skrócie "eM" i wszyscy wiedzą o co chodzi :)
|
2010-05-02 2 tygodnie Kursu Przygotowawczego dla "śnieżynek"
Jak coponiektórym wiadomo, rozpoczęcie mojej pracy w szkole zbiegło się w czasie z kursem dla pierwszoroczniaków, których tutaj będę nazywać ładnie "śnieżynkami" (od wyrazu "świeży"). Wszystkie śnieżynki mają po 12-13 lat, a celem kursu było oswojenie ich ze szkołą i nauczycielami, a także poznanie nowych kolegów klasowych. Nadmienić należy, że Kurs był przygotowany dla uczniów biorących udział w English Program, a więc tych, których rodzice zapłacili szkole za naukę przedmiotów takich, jak: muzyka, matematyka, chemia, biologia, fizyka, informatyka w języku angielskim. Na pierwszym roku mamy 52 uczniów zapisanych na English Program. Ilu jest po za programem? - nie wiem, ale na pewno jest to liczba kilkukrotnie wyższa.
W ramach kursu dzieci (na miano młodzieży są jeszcze trochę za mali) mieli codziennie 7.5-godzinne zajęcia w ramach, których musieli jak najwięcej posługiwać się językiem angielskim. Graliśmy więc w różne gry sportowe, planszowe, przygotowywaliśmy skecze, pisaliśmy zdania, itd. Najciekawszy były drugi tydzień, gdy wszystkie dzieci zostały podzielone na sześć grup, a każda grupa musiała przygotować skecz lub prezentację na zadany temat dotyczący "swojego" kraju. Przedtem jednak każdej grupie przydzielono kraj - USA, Kanada, Wielka Brytania, RPA, Australia lub Nowa Zelandia. Ja znalazłem się w grupie o Wielkiej Brytanii. Musieliśmy przygotować kolejno: prezentację w Power Point o geografii i faktach naszego kraju, skecz o jedzeniu, skecz o strojach narodowych i prezentację w Power Point o krajowych sportach. Zabawę mieliśmy każdego dnia, ale chyba najwięcej we czwartek, gdy było o sporcie. A to za sprawą pomysłu na który wpadłem dzień wcześniej - w ramach prezentacji nauczyłem uczniów śpiewać hymn Manchesteru United, "Glory, glory, Man United". Po za tym prezentację zrobiliśmy z jajem i na wesoło.
Ostatniego dnia kursu zorganizowaliśmy dla dzieci Turniej Chairballa. Chairball to wczesna wersja koszykówki w której nie wolno biegać z piłką, a kosze trzymane są przez zawodników stojących na krzesłach. Moja drużyna, nie mająca niestety żadnych dobrych zawodników, zajęła szczęśliwe przedostatnie miejsce. Dodać muszę, że to ja osobiście zostałem mianowany Komisarzem Rozgrywek i byłem odpowiedzialny za całą organizację turnieju, która przeszła bez zakłóceń. Ostatecznie wygrał zespół "The winners" gromiąc w finale "The Specials" 56:24. Po turnieju odbyła się część honorowa. Zawodnicy trzech najlepszych drużyn zostali uhonorowani złotymi, srebrnymi i brązowymi medalami. Muszę przyznać, że pomysł z medalami bardzo mi się spodobał. Szkoda, że w Polsce za moich czasów nie robiło się takich rzeczy..
A po wręczeniu medali, wszystkie dzieci dostały okolicznościowe certyfikaty ukończenia Kursu Przygotowawczego. Podobno Tajowie mają hopla na punkcie certyfikatów. Gdyby tylko mogli wręczaliby je za cokolwiek. Dodać trzeba, że każdy uczeń był wyczytywany po kolei, musiał wejść na scenę przy brawach współtowarzyszy, uścisnąć rękę każdego nauczyciela (staliśmy w szeregu jeden obok drugiego), aż w końcu odebrać świstek papieru z rąk pani dyrektor Programu Angielskiego. Sekretarka robiła każdemu uczniowi zdjęcie z panią dyrektor, co jak dla mnie, było już szczytem przesady.
A oto kilka ciekawych ciekawostek zaobserwowanych w ciągu ostatnich dwóch tygodni:
- Uczeń nie ma prawa wejść do pokoju nauczycielskiego nie zdejmując butów - wchodzi tylko i wyłącznie na bosaka.
- W pokoju nauczycielskim, uczeń nie powinien stać lub siedzieć na krześle obok siedzącego przy biurku nauczyciela. Może usiąść tylko i wyłącznie na podłodze przy krześle nauczyciela. Chyba, że nauczyciel pozowoli mu stać lub siedzieć na krześle.
- Uczniowie nie użyją do zabawy gazety, jeśli znajduje się w niej zdjęcia Króla Tajlandii.
- Słuchanie koreańskiego zespołu muzycznego "The Wonder Girls" to największy obciach.
- Jedzenie szczurów to też obciach i powód do robienia z kogoś żartów.
- Poziom angielskiego śnieżynek jest słaby. Jest zaledwie kilokoro dzieci dobrze mówiących i rozumiejących. Trochę więcej tych, co nic nie kumają. Reszta jest pomiędzy.
- Uczniowie do nauczyciela zwracają się "nauczycielu". Nie ma więc "proszę pana" lub "Konrad".
|
2010-04-23 Ciągnie się za mną legenda TCSu
Chyba nie pisałem o tym nigdy, ale w pewnych kręgach TCSu, a zwłaszcza w projekcie CITI, ciągnęło się za mną wiele legend. Wszystkie one dotyczyły mojego życia osobistego, a zwłaszcza jego seksualnej części. Moi koledzy i koleżanki w projektach – wszyscy w 100% Hindusi – lubili sobie plotkować na temat najciekawszej i najbardziej egzotycznej osoby w środowisku, a więc o mnie. Łączono mnie w wiele związków z kobietami z którymi widziano mnie rozmawiając, uśmiechając się, mówiąc zwykle przelotne cześć, a nawet z takimi o których istnieniu nie mam zupełnie pojęcia do dzisiaj. Ja od samego początku konsekwentnie nie komentowałem żadnych rewelacji i to bez względu, czy było w tym ziarnko prawdy, cały stos ziarenek, czy może był to kolejny bezsensowny wymysł wyssany z palca. Moja bierna postawa pomagała w narastaniu coraz to nowych legend i historii. Ciekawostką jest, że nie tylko łączono mnie w pary z kobietami, ale też z mężczyznami. Założę się, że są osoby w TCSesie, które wciąż święcie są przekonane, że byłem dobrze zakamuflowanym gejem. Powód? Jeden z moich najlepszych kolegów w firmie był homoseksualistą. Widząc więc nas razem jedzących obiad, tworzyły się rewelacje na temat mojego życia osobistego. Zresztą jak to kiedyś kolega Atul stwierdził „jesteśmy celebrytami tego biura i musimy się do tego przyzwyczaić”. Więc się przyzwyczaiłem. Osobiście mi to wisiało, a czasem miałem z tego niezły ubaw.
Inne plotki dotyczyły moich zarobków. Ludzie niewtajemniczeni – a oprócz kilku zaledwie osób, nie wtajemniczałem nikogo – twierdziło, że jestem bogaczem i zarabiam tą samą kwotę co reszta Hindusów, ale w dolarach. Tego też nie komentowałem, chociaż czasem cholera mnie brała.
Do czego jednak zmierzam? W ciągu ostatniego tygodnia odbyłem kilka rozmów z dawnymi kolegami z TCS. Wszyscy oczywiście oprócz regularnego blablabla, pytali mimochodem o to, czy mam już nową dziewczynę. Wszyscy też dziwili się niezmiernie, gdy odpowiadałem, że dziewczynę mam ciągle tą samą, ciągle na nią czekam, nie robię skoków w bok, jestem zakochany, a wybranka jest Bengalką. Tutaj, co niektórzy odważniejsi zadawali pytanie: „a czy jest ona z TCSu?”. Nie, nie jest. Tu następowała mała konsternacja. Założę się więc, że temat mojej osoby wciąż przewija się przez niektóre TCSowe języki i kolejne spekulacje stają się jeszcze bardziej wielobarwne.
Legenda Konrada jest wciąż żywa.
|
2010-04-16 Poświęcanie ludzi a hipnoza regresyjna. Rozważania własne.
Przeczytałem dzisiaj krótką notkę o poświęceniu człowieka w okręgu Birbhum w stanie Bengal Zachodni w Indiach. Mężczyzna ten został poświęcony w świątyni Bogini Kali, aby odwrócić zły los w swojej rodzinie i uprosić Bogów o pomoc. W Indiach już od dawna poświęcanie (czyli dobrowolne poddawanie się śmierci) jest zabronione. Jednak w odległych wioskach nie mających dostępu do edukacji ludzie dalej wierzą w gusła i zabobony, o czym już zresztą pisałem kilka lat temu.
Artykuł ten wrócił mi namyśl dwie rozmowy, które odbyłem w ciągu ostatnich dwóch miesięcy - z koleżanką Emily z kursu TEFL oraz z przypadkowo poznanym doktorem teologii w laotańskim Luang Prabang. Nasze rozważania dotyczyły wtedy (nie wiem jak to się nazywa fachowo) kręgów rodzinnych w procesie reinkarnacji. Jest bowiem teoria mówiąca o tym, że w każdym życiu poruszamy się w bardzo zbliżonym, czasem wręcz takim samym, kręgu ludzi. Ludzie ci są opakowaniami tych samych dusz. Dochodzi więc do przypadku, że nasza babcia, która zmarła, może odrodzić się w ciele naszego nowonarodzonego dziecka lub dziecka siostry, brata, kuzynki, itd. Krzyżówek i możliwości jest naturalnie niesamowicie dużo. W ten sposób zgrupowane ze sobą pojedyncze dusze pracują na rozwojem zarówno całej grupy, jak i samych siebie jako pojedynczych jednostek. Rozwój oczywiście prowadzi do czegoś, co ja osobiście nazywam z Buddyzmu nirwaną, a co Kościół Katolicki rozumie pod pojęciem nieba.
Wracając więc do sprawy poświęceń człowieka, dochodzę tu do wniosku - podpierając się Hinduizmem - że ów człowiek poniekąd ma rację odbierając sobie życie. Jeśli ma on złą karmę, która rzutuje na karmę całej grupy (rodziny), jego zniknięcie (śmierć) może spowodować zmianę karmy grupy. Gusła indyjskie mają więc swoje uzasadnienie. Zagłębiając się jednak bardziej w prawa rządzące karmą i atamanem (duszą) szybko dochodzimy do teorii, że samobójstwo powoduje złą karmę, a zła karma jednostki rzutuje na złą karmę grupy. Jeśli więc człowiek odbierający sobie życie powróci rodząc się na nowo, stan rzeczy wróci na te same tory, jeśli nawet się nie pogorszy. Samopoświęcenie się celebrowane przez bramina (kapłana) ma jednak zupełnie inną wagę ciężkości, ponieważ nie występuje tutaj samobójstwo - człowiek nie zabija się sam, ale jest uroczyście uśmiercany z zachowaniem najwyższych rytuałów. Robiąc więc krąg w mych rozważaniach dochodzę znów do wniosku, że poświęcanie ludzi jest zgodne z zasadami wyższego prawa (nie mam tu na myśli praw sądowych), chociaż zabronione jest przez nasz nowoczesnym, demokratyczny i liberalny świat.
Lepszą możliwością wyleczenia złej karmy jednostek i grupy, a na pewno mniej inwazyjną i odwracalną, jest hipnoza regresyjna. Tutaj osoba, niekoniecznie ta która jest największym źródłem problemów, wraca do poprzedniego wcielenia swojej duszy. Ma okazję dowiedzenia się o wzajemnych relacjach panujących w swoim kręgu rodzinnym, co często pozwala zrozumieć trudne do wytłumaczenia zasady panujące w życiu obecnym pomiędzy poszczególnymi osobami. W ten sposób, mądrze korzystając z wiedzy jaką daje hipnoza regersyjna, można rozwiązać wiele kłopotów rodzinnych. Są osoby, takie jak moja wspomniana koleżanka Emily, które głęboko wierzą w moc takiej hipnozy. Gdyby zresztą posłuchać dziejów rodziny koleżanki, nie jest trudno dojść do wniosku, że kręgi rodzinne są mocno powiązane z reinkarnacją, a regresja może być rzeczywistym lekarstwem.
|
2010-04-14 Mieszkaniowy fart
Mam farta. Nie ulega to wątpliwości. W poniedziałek spotkałem się z panią kierownik Programu Angielskiego (Head of English Program) w mojej nowej szkole. Pani Gayoon, bo tak ma na imię, znając moją sytuację mieszkaniową, a więc to że chce mieć własne mieszkanie z kuchnią i łazienką w Phetchaburi, zagadnęła mnie mimochodem o poszukiwania lokum. Odparłem, że póki co ciężko i pod górkę, więc raczej wprowadzę się na szkolny kampus (szkoła ma kilka własnych mieszkań). Pani Gayoon odparła, że to raczej odpada, bo zaszły pewne przetasowania, doszło dwóch zagranicznych nauczycieli, a po za tym ona ma już dla mnie mieszkanie. Zdziwiłem się, ucieszyłem i pytam od razu o szczegóły. Pani kierownik, że cena niewysoka, a co do szczegółów, to ona mi najlepiej pokaże mieszkanie, bo jest niedaleko.
Jak się okazało mieszkanie to nie mieszkanie, ale prawdziwy piętrowy dom. Na parterze duży salon, kuchnia, suszarnia i łazienka. Na piętrze dwie sypialnie, łazienka i mały balkon. Do tego własny parking i ogródek wyłożony kafelkami. Każdy pokój porządnie umeblowany. Jak to wszystko zobaczyłem zwyczajnie mnie zatkało. Do ceny trzeba jeszcze dodać koszt prądu, wody i internetu. Wszystko to w sumie nie przekroczy nawet 20% mojej miesięcznej pensji.
Parafrazując słowa poety, można powiedzieć "życie jak w Phetchaburi". Teraz mi już tylko tutaj Sudipy potrzeba.
Wprowadziłem się oczywiście jeszcze tego samego dnia.
|
2010-04-12 Tragedia w Polsce. Tragedia w Tajlandii.
W Polsce tragedia narodowa po rozbiciu sie samolotu z prezydentem Kaczynski na czele, a w Bangkoku smierc 20 osob w czasie sobotnich zamieszek i regularnych walk partii "Czerwonych Koszul" z wojskiem. Wszystko to w bliskiej odleglosci hotelu w ktorym zawsze mieszkam w Bangkoku. Dobrze, ze zanim to wszystko zaczelo sie dziac wyjechalem juz do Phetchaburi.
Tajlandia nie ma wiec czasu solidaryzowac sie z Polska, bo ma wlasne klopoty. W piatek i sobote zmarlo dwudziestu cywilow, zabitych przez wlasne wojsko. Pojawily sie tylko krotkie wzmianki w prasie na temat smierci prezydenta Polski.
|
2010-04-09 Jak to przed laty nabito mnie w butelkę
Tak jak 98% społeczeństwa w kraju nad Wisłą, a w latach mojej szkolnej młodości może nawet 99,5%, tak i ja uczęszczałem przez wszystkie lata szkoły podstawowej i średniej (kiedyś nie było gimnazjów) na lekcje religii. Lekcje te były dla 90% uczniów złem koniecznym narzuconym przez postkomunistyczny rząd z ramienia rozpychającego się łokciami Kościoła katolickiego. Złem koniecznym przede wszystkim ze względu na jego obowiązkowość pomimo nie liczenia się do średniej ocen. Lekcje były najczęściej nudne i monotonne. Mam wrażenie, że każdego roku powtarzano nam dokładnie to samo, tylko w innej wersji.
Ja jako człowiek z natury nieco filozoficzny, mimo chodzenia wbrew sobie na lekcje religii, z upartością osła msze kościelne omijałem łukiem zaczytując się tym samym książkami, które moim najbardziej nawet anty-religijnym kolegom klasowym w ręce nigdy nie trafiały. Pozycje takie „Historia Boga”, „Życie po życiu” lub prace ocierające się nieco o science-fiction pana Erika von Danikena. Tak też odkryłem Judaizm, Islam, Buddyzm, życie po śmierci i obce cywilizacje. Tematy od których zakonnica lub ksiądz prowadzący lekcje religii z uporem stronili, a jeśli już jest przedstawiali, to raczej tylko i wyłącznie negatywnie. Przykładem tego był godzinny film, który pamiętam do dziś, a który zaprezentowano nam w II klasie Technikum. Chociaż wszyscy moi koledzy grali w tym czasie w karty lub szachy (zawsze graliśmy w karty lub szachy na religii, aby zamanifestować nasz stosunek do przedmiotu, którego nie chcieliśmy w planie lekcji), ja film obejrzałem dokładnie od samego początku do samego końca. Film był o – jak to nazwano – sekcie „Hare Kriszna”. Na filmie wypowiadały się osoby duchowe i świeckie na temat prania mózgów, używania narkotyków, wolnego niekontrolowanego seksu i wielu innych złych praktyk do jakich siłą były zmuszane osoby, które chociaż odrobinkę weszły w związek z sektą Hare Kriszna lub jąkąkolwiek inną. Były scenki na których ludzie dziko tańczyli, krzyczeli, płakali. Oczywiście film wmawiał, że wszystko to dzieje się pod wpływem środków halucynogennych.
Przez długie lata związek Hare Kriszna uważałem najpierw za sektę (pod wpływem filmu i braku odpowiedniej literatury), a później po odwiedzeniu Indii i coraz głębszego poznawania wiary Hinduizmu, miałem o nim mieszane uczucia. Nie wiedziałem zwyczajnie, czy jest ono powiązane z Hinduizmem, czy to jednak sekta używająca imienia Boga Kriszny w celu zwerbowania kolejnych członków i wyprania im mózgów i kont bankowych. Pewnie nadal miałbym mieszane uczucia gdyby nie książka, która tydzień temu dostała się w moje ręce – „Prabhupada”, opowiadająca o życiu A.C.Bhaktivedanta Swami Prabhupady, założycielu ISCKON i człowieku, który rozpropagował Krisznę i Radhę dookoła świata. Trudno opowiedzieć mi całą historię (zainteresowanym polecam po prostu lekturę książki), odwołam się jednak do filmu, który pokazano mi w Technikum. Większość uczniów Prabhupady wywodzi się sposród Hippisów, Dzieci Kwiatów. Większość z nich w momencie spotkania ze Swamiji (wtedy używał jeszcze takiego tytułu) była uzależniona od narkotyków lub alkoholu. Jeśli nie byli uzależnieni to przynajmniej eksperymentowali z LSD, kokainą lub amfetaminą. Palenie ziół było na porządku dziennym. W trakcie zgłębiania nauk Kriszny, powoli wychodzili z nałogów drogą naturalną. Tak przedstawia to książka i ta wersja jest mi bliższa.
Film oraz fama jaka przetoczyła się na początku i w połowie lat 90-tych po Polsce to zwyczajna antypropaganda mająca na celu nastraszenie ludzi, trzymając ich tym samym w ryzach Kościoła katolickiego. Co ciekawe, książka zupełnie nie odnosi się do tych sytuacji. Nie walczy z nimi. Konkluzja ta jest więc moją własną. Po lekturze książki czuję się nabity w butelkę przez kościelny element partyjny. Wiara w Krisznę nie ma żadnego związku z sekciarstwem. Jest przecież częścią Hinduizmu, religii o wiele wieków starszą aniżeli sam Chrześcijanizm. Jak więc może być sektą? A jeśli nią jest, czym jest więc Chrześcijaństwo? Na pewno nie jedyną, słuszną religią.
|
2010-04-08 Z powrotem w Phetchaburi
Od dzisiejszego popołudnia jestem ponownie w Phetchaburi. Jutro idę do szkoły odebrać mój wielki plecak i rozpocząć pracę papierkową nad przygotowaniem Pozwolenia o Pracę (w zasadzie jest to w gestii szkoły - ja muszę tylko pokazać wizę i być może wykonać kilka podpisów).
Podróż z hotelu Peachy Guest House nad Tha Phra Athit w Bangkoku do hotelu w Phetchaburi zajęła mi w sumie 3 godziny. Pierwsza godzina to podróż busem 124 na Południową Stację Autobusową, a reszta to jazda minivanem włącznie z około 20 minutowym czekaniem na zapełnienie i odpalenie pojazdu, a poźniej jeszcze dostanie się moto-taxi z trasy szybkiego ruchu do hotelu.
Tym razem zatrzymałem się w innym miejscu niż wcześniej. Powodem jest o WIELE większy pokój i własna łazienka. Cena minimalnie wyższa (170 B), ale za to komfort znacznie lepszy.
Muszę też dodać, że pierwszy raz szedłem ulicami Phetchaburi po zmierzchu. Miasto wygląda rewelacyjnie. Pięknie oświetlone świątynie z których zdecydowanie wyróżnia się świątynia na szycie góry. Zarówno szczyt, jak i dwie znajdujące się na nim świątynie świecą się na jasno-żółto i czerwono. W dodatku w niektórych miejscach są migające światełka, co dodaje całości odrobinę magii.
|
2010-04-07 Ku pamięci Łukasza Luke'a Jaworskiego
W wielkanocną niedzielę, 3 kwietnia 2010 roku, zmarł Łukasz "Luke" Jaworski, wyśmienity młody polski fotograf. Miał zaledwie 29 lat.
Łukasza poznałem w lutym ubiegłego roku w czasie jego kilkumiesięcznej podróży po południowej Azji. Spotkanie nasze zostało zaaranżowane przez naszą wspólną kolumbijską koleżankę, Karol, która poznała znacznie wcześniej Luke'a. Spotkaliśmy się przed wejściem do popularnej księgarnii na Park Street w Kolkacie. Wspólnie spędziliśmy kilka godzin rozmawiając o fotografii, Indiach, życiu i religii. Łukasz był bardzo ciekawym rozmówcą i, chociaż nie znałem go długo, momentalnie polubiłem za jego osobowość i sposób postrzegania świata.
Luke był też znakomitym fotografem. Nie boję się powiedzieć, że najlepszym jakiego znałem. Tylko oglądając jego zdjęcia nauczyłem się bardzo, bardzo wiele, wchodząc na wyższy, lepszy poziom fotografii. Chociaż nigdy mu tego nie powiedziałem, zawsze odpowiadałem "Luke Jaworski", gdy ktoś pytał mnie o ulubionego fotografa, takiego, którego podziwiam.
Luke zmarł w Etipoii w czasie swojej podróży po Afryce. Z aparatem chodził po skałach, gdy poślizgnął się i spadł z dużej wysokości odnosząc wiele poważnych ran. Tubylcy i okoliczni turyści natychmiast przyszli mu z pomocą. Został przetransportowany do najbliższego szpitala w miejscowości Lalibela. Niestety nikt nie był w stanie mu tam pomóc ze wzglęgu na zbyt poważne obrażenia całego ciała. Luke zmarł czekając na transport do szpitala w stolicy Etiopii, Addis Ababa.
Galerię zdjęć Łukasza Jaworskiego można obejrzeć pod adresem: www.lukejaworski.com.
|
2010-04-06 Uwaga! Mnich na haju.
Wybralem sie wczoraj z Andrea, moim wloskim kolega, do dzielnicy Hualamphong pelnej wielkich budynkow, centrum handlowych, restauracji, itd. Celem wyprawy (bus 53 z Tha Phra Athit) byl zakup przenosnego dysku twardego (kupilem Buffalo 320 GB za 2,500 Bahtow). Nie byloby w sumie o czym pisac, gdyby nie osoba pewnego mnicha buddyjskiego.
Na jednym z przystankow wpelznal on do lekko zatloczonego busu. Wedle tajskiej tradycji, ustapiono mu miejsca, bo mnich stac nie moze. Zanim powoli kustykal sobie staruszek, ktoremu miejsce nalezalo sie z racji wieku i trudnosci z poruszaniem sie. Mnich jednak popatrzal tylko na staruszka i bezczelnie rozsiadl sie wygodnie na podwojnym siedzeniu. Taka postawa z gruntu wywolala moje oburzenie. Na szczescie dziadek ruszyl dalej w glab autobusu i ktos ustapil mu miejsca (ja caly czas stalem). I moze juz nie zajmowal bym sie bezczelnym mnichem, gdyby nie sytuacja w ktorej zdzielil w brzuch kobiete parasolem, ktora probujac ominac jego wyciagniety na zdecydowanie zbyt duza odleglosc parasol, nie bedac w stanie, jednak o niego zachaczyla. Za mnichem siedziala kobieta z malym dzieckiem na kolanach i kobieta obok. Dziecko, jak to dziecko, zobaczylo cos ciekawego za oknem i krzyknelo glosniej do mamy. Mnich sie obrocil ponuro z gestem zgietej reki, jakby chcial matce albo dziecku dac natychmiast po gebie za nieopatrzne przeszkadzanie mu. Oczy mnicha krazyly ciagle blednie po wszystkim dookola. Zrenice wielkie jak moneta dziesiobatowa. Jak widac wiec, nie kazdy mnich wart i godzien jest szacunku i szafranoweg stroju, ktory nosi na sobie.
|
2010-04-04 Reklama prasowa
Dzisiaj znów trochę autoreklamy moich artykułów. Zapraszam do przeczytania trzech najnowszych, które oczywiście ukazały się na łamach mandragona. Pierwszy przedstawia jedno z najbardziej popularnych miasto Laosu - Luang Prabang. Drugi tekst opisuje edukacyjne problemy dzieci Laosu oraz pozarządową organizację, która w dość nowatorski sposób walczy o szerzenie edukacji wśród najmłodszych. Trzeci artykuł to mój dawny wpis na Blogu, który teraz został opublikowany.
Cała lista wszystkich artykułów znajduje się w zakładce Prasa.
|
2010-04-03 Akcja ratunkowa
Wczoraj z restauracji w której zawsze jem obiad w Bangkoku i korzystam za darmo z bezprzewodowego Internetu udałem się do hotelu w którym mieszkam. W pokoju zostawiłem laptopa, a następnie czym prędzej udałem się do toalety. Już wchodząc do kibelka zauważyłem mężczyznę w samych szortach trzymającego się ściany. Byłem jednak tak zaabsorbowany nagromadzonym płynem we własnych przewodach moczowych, że w ogóle nie zwróciłem na niego większej uwagi. Gdy wyszedłem z ubikacji mężczyzna ten leżał na plecach na podłodze w korytarzu. Szybko sprawdziłem puls i oddech - były w porządku. Nie było też czuć grama alkoholu, więc odpadał temat upicia się w trupa. Próbowałem mówić do niego, trącać ręką, ale nie dawał żadnych oznak przytomności. Czym prędzej zbiegłem więc z trzeciego piętra na parter do recepcji. Opowiedziałem o nieprzytomnym, półnagim mężczyźnie na podłodze. Pani z recepcji poszła ze mną szybko na górę. Na szczęście po niecałej minucie mężczyzna odzyskał przytomność. Wodził dookoła dziko oczami i nie był w stanie wydobyć z siebie słowa. Kiwał jedynie głową. Nie chciał do szpitala, ale chciał wody. Kobieta więc poszła po wodę, a ja ciągle próbowałem utrzymać i nawiązać większy kontakt. Mężczyzna miał na oko 50-60 lat, trochę "chińską" twarz, był niewysoki i strasznie chudy. Po chwili kobieta przyniosła wodę. Po wypiciu szklanki wody usłyszeliśmy ciche "ambulance". Recepcjonistka zeszła więc na dół, aby zadzwonić po karetkę. W tym czasie mężczyzna zaczął mi coś pokazywać - dotykał ręką brzucha, krocza i tyłka. Zapytałem "chcesz do łazienki?". Pokiwał głową. Podniosłem więc biedaka i zaniosłem do ubikacji. Usiadł z moją pomocą na kibelku, a ja przymknąłem drzwi, żeby go niestresować. Po chwili zapukał w drzwi mówiąc "paper". Przyniosłem mu więc własną rolkę toaletowego. Wtedy przyszła dziewczyna z recepcji mówiąc, że erka zaraz tu będzie. Wszedłem do ubikacji, podniosłem człowieka, a on pozapinał sobie spodnie rękoma. Trzymając się mnie ledwo wyszedł o własnych siłach z ubikacji, po czym wyślizgnął mi się z rąk i upadł na podłogę. Ustatliliśmy z recepcjonistką, że lepiej niech już leży tutaj. Dowiedziałem się o numer jego pokoju. Na biurku miał straszny bałagan - znalazłem tylko aspirinę i pół skończonej flaszki wódki (musiał wypić wcześniej, bo alkoholu nie było czuć od niego). Wzieliśmy też poduszkę, żeby podłożyć mu pod głowę. Po chwili przyjechała karetka. Nie sprawdzili go wcale. Wsadzili tylko na nosze, pozapinali i do samochodu. Poprosili jeszcze o paszport. Niestety ani ja, ani recepcjonistka nie była w stanie znaleźć paszportu w jego pokoju. Kobieta spisała więc tylko jego podstawowe dane z hotelowej książki rejestracyjnej i dała kierowcy erki. Jakie są dalsze losy mężczyzny, niestety jeszcze nie wiem.
Dodam tylko, że przez cały okres od momentu, gdy znalazłem go leżącego na podłodze do wsadzenia go do karetki nikt inny nie pojawił się na trzecim piętrze. Gdybym więc ja tam się nie zjawił, nie wiadomo jak długo mężczyzna leżałby nieprzytomny.
|
2010-04-02 Prima Aprilis! :)
Wczorajszy wpis byl oczywiscie prima aprilisowym zartem. Tak naprawde szczesliwie i bezproblemowo przekroczylem w srode wieczor granice Tajlandii i od czwartku rana przebywam ponownie w Bangkoku.
A przed wyjazdem z Vientiane udalo mi sie jeszcze kupic w porzadnym nieciucholandowym sklepie, jeansy w za jedyne 65 000 Kipow (21.84 zl).
|
2010-04-01 Nieprawdopodobna pomyłka
Nie wiadomo dokładnie jak to się stało, ale z powodu pomyłki i dziwnych zbiegów okoliczności jestem teraz w... Shanghaju! Może zacznę jednak od początku. Jak wiadomo Laos w którym przebywałem ostatnio, graniczy z czterema krajami: Birma (ze względów politycznych nie używam nazwy Myanmar), Wietnam, Tajlandia oczywiście, no i te nieszczęsne Chiny. Busy VIP wożące turystów i innych podróżników jeżdżą z Vientiane, stolicy Laosu, do wielu miast we wszystkich wymienionych przeze mnie krajach (oraz, przy okazji mówiąc Kambodży także, bo blisko). Gdy czekałem od 16:30 na mój transport do Bangkoku podjechał minivan. Kierowca spytał "Bangkok?". Ja odpowiedziałem "Bangkok". Załadowałem się więc do środka i jadę. Po drodze zgarneliśmy z innych miejsc resztę ludzi aż do pełnego załadowania pojazdu. Zawieziono nas wszystkich na jakiś parking pełen busów do najróżniejszych miejsc. Omyłkowo lub nie, ktoś kazał wsiąść do busu. Przy okazji mówiąc żaden z nich nie miał żadnych oznaczeń. Gdy już wszystkie plecaki były w bagażniku, a podróżująca gawiedź rozsiadła się w fotelach, komuś coś się pomyślało, że cholera - pomyłka. Przecież to nie ten bus! Ten nie jedzie do Bangkoku! Zamiast zamienić jedynie kierowców zamieniono pasażerów. Trzeba było znów wychodzić, brać plecaki, ładować do kolejnego busu, rozsiadać się na miejscach, i tak dalej. I było by już może dobrze, gdyby nie to, że osoba tym wszystkim zarządzająca nagle zniknęła. Kierowcy, do tej pory ucinający sobie pogawedkę przy dymku papierosowym, pogubili się gdzie to niby mają wsiąść i gdzie jechać. No i znów zaczęto przetasowywać pasażerów. Ponownie kolejny bus, zabieranie plecaków, pakowanie plecaków, rozsiadanie się. Kierowcy w tym wszystkim, których był to przecież autorski pomysł, pogubili się jeszcze bardziej. W końcu jednak doszli do porozumienia, kto za którą kierownicą ma usiąść i gdzie jechać. I tak ruszyliśmy w drogę. Już na początku wydało mi się dziwne, że ta droga do granicy coś się dłuży, bo przecież Vientiane leży nad rzeką Mekong z widokiem na Tajlandię, więc przejście graniczne powinno być blisko. Poszła jednak plotka po busie, że wiozą nas przez inne przejście, nieco na południe. Pomyślałem - dziwne, ale może. Po iluś godzinach zajechaliśmy na granicę, a że było ciemno nie było widać flagi kraju, z którym przekraczaliśmy granicę. Ktoś z obsługi zebrał paszporty, a pasażerowie czekali grzecznie w busie na załatwienie formalności. Dopiero po kilkunastu minutach za granicą oddano nam dokumenty. Kartkując sobie paszport powoli doszedłem nie do strony ze stemplem wjazdowym do Tajlandii, ale do strony z... wizą chińską! Natychmiast podniósł się raban, że to przecież zupełenie inny kierunek. Po kilkunastu kolejnych minutach wszyscy doszli do jednak wniosku, że przecież wycieczka do Chin też fajna sprawa, a po za tym to pewnie przeznaczenie nas tu sprowadziło, więc po krzyczeć i narzekać.
Tak więc teraz siedzę sobie w jakieś knajpce w Shanghaju, wpatrują się we mnie skośne oczy Chińczyków, a ja się zastanawiam co robić dalej :)
|
2010-03-30 Powrót do Vientiane
W niedzielę wróciłem do Vientiane. W poniedziałek aplikowałem po wizę. We wtorek dostałem wizę. Bardzo lubię sprawne i bezproblemowe działanie Ambasady Tajlandii. Tutaj naprawdę nikt nikomu nie robi problemów. Nawet jeśli ktoś przykładowo siedziałby w Tajlandii dłużej niż pozwala na to jego wiza, nie jest to traktowane jako wykroczenie. Musi tylko uiścić odpowiednią opłatę za każdy dzień po wygaśnięciu wizy. Taka sama sytuacja panuje w Laosie. W Indiach od razu byłoby wielkie halo. Tak samo fajną rzeczą w Tajlandii i Laosie jest sposób od kiedy ważne są wizy. Dni nie liczą się od momentu wydania wizy, ale od momentu przekroczenia granicy. I tak na przykład ja teraz mogę przekroczyć granicę Tajlandii dowolnego dnia przed upływem 30 czerwca. Pobyt w Tajlandii zacznie się liczyć od dnia mojego wejścia na teren kraju. W Indiach oczywiście dni liczą się od momentu wydania wizy. Indyjska głupota. Do tego aplikując po wizę do Indii trzeba okazać się biletem lotniczym, bez względu na to, czy wizę się otrzyma czy nie. Tajlandia i Laos są w tej kwesti znacznie bardziej rozwiniętymi krajami i idącymi ludziom na rękę.
Co do samego Vientiane. Oprócz Pouxay, które jest prawie wierną kopią francuskiego Łuku Triumfalnego, niewiele mam już do zwiedzania. Większość miejsc obróciłem w czasie pierwszego pobytu. Co ciekawe, zauważyłem, że większość starszych Laotyńczyków (nie wiem czy to jest poprawnie) nie zna angielskiego, ale posługują się językiem francuskim. Ma to oczywiście związek z byciem dawną kolonią francuską. Zauważyłem też, że w przeciwnieństwie do Tajlandii, prostytucja w Laosie jest bardziej w konspiracji. Dwa razy już mi się zdarzyło bycie zaczepionym przez wolno spacerujące uliczkami dziewczęta w kusych ubrankach. Oczywiście wieczorami. Chociaż – i to ciekawe – kierowcy rikszy proponują dziewczyny i o 10:30 dopołudnia, i o 13:45, i o 17:10. Specjalnie wynotowałem w głowie te godziny, gdy proponowano mi „girls”. Oprócz „girls” proponuje się też „something”, czyli „coś”. Tym „czymś” są, jak nie trudno się domyśleć, dragi, a więc hasz, gandzia, grzybki, itd.
Wartym odnotowania jest, że bezustannie ciągnie mnie do tutejszych zupek. Są naprawdę dobre. Zauważyłem, że mają tu przynajmniej kilka rodzajów, ale niestety wciąż nie znam nazwy nawet jednej z nich. Ciekawostką jest, że w niektórych restauracjach, bez względu na to co zamówimy, pojawia się mały talerzyk gorącej zupy jako darmowa przystawka. Dla mnie bomba, bo mam dwie rzeczy naraz – drugie danie za które zapłaciłem i małą darmową zupę. Czasem, gdy zamówimy zupę, jako przystawka pojawia się talerz warzywny, a na nim największą atrakcją są liście. Podobnie zresztą jest w Tajlandii w knajpach z północno-wschodnim jedzeniem. Liście mają bardzo aromatyczny smak i zapach, i z powodzeniem mogą robić za odświeżacz oddechu. A zupy je się pałeczkami trzymanymi w ręcę prawej i łyżką w ręce lewej, ale o tym już mówiłem.
Oprócz tego niewiele się dzieje. Jakoś nie mam szczęścia do nawiązywania przyjaźni w Laosie, więc ciągle jestem sobie sam, ale to akurat mi wcale nie przeszkadza. Przynajmniej nikt nie truje.
A dzisiaj po odebraniu wizy, kupiłem bilet autobusowy na Kho San Road w Bangkoku. Wyjazd jest jutro o 17, a przyjazd we czwartek o 6:30 rano. Mówiąc szczerze, trochę brakuje mi Tajlandii, ale to chyba dobrze zważywszy, że przyjdzie mi tam spędzić przynajmniej następne 11 miesięcy życia.
|
2010-03-27 Luang Prabang - podsumowanie
Czas na parę słów więcej o tych kilku dniach spędzonych w Luang Prabang.
Następnego dnia po przyjeździe udało mi się znaleźć tańszy hotel. Niewiele tańszy (50 000 Kipów), ale za to znacznie lepszy, bo z własną łazienką posiadają gorącą wodę. Miejsce jest co prawda nie co na uboczu, ale zaledwie 5 minut drogi od poprzedniego hotelu w którym spędziłem pierwszą noc. A dodatkowe 5 minut to przecież nic. Tuż potem wybrałem się na zwiedzanie świątyń. Nie ma tu się co rozpisywać, bo wszystkie ładne i wszystkie mają mniejsze lub większe posągi Buddy. W jednym z takich miejsc zagadnął mnie mnich buddyjski. Ucieliśmy sobie ponad 20-sto minutową rozmowę. Piętnastoletni młodzieniec był mnichem już od 2 lat i zostały mu jeszcze 2 lata. Naturalnie uczył się w szkole buddyjskiej, bo taki też był cel jego rodziców, którzy zdecydowali się na umieszczenie syna w klasztorze. Chłopak pochodzi z biednej rodziny, ledwo wiążącej koniec z końcem. Dlatego też, rodzice zdecydowali posłać go do klasztoru buddyjskiego, który będzie w stanie zapewnić mu odpowiednią edukację. Ani on, ani rodzice, oczywiście nie płacą za edukację syna. Chłopak zakwaterowanie ma za darmo w ramach podstawowych prac, jakie musi wykonywać codziennie. Jedzenie zdobywa tradycyjnym codziennym żebractwem. Tutaj należy się wyjaśnienie. Tradycją mnichów buddyjskich jest utrzymywanie się z łaski okolicznych mieszkańców. Codziennie rano tuż po wschodzie słońca, mnisi wychodzą gęsiego na ulicę i biorą jedzenie ofiarowane im przez ludzi. Ludzie chętnie ofiarowują im małe porcje ryżu, warzyw lub owoców. Takie „dokarmianie” można zobaczyć na własne oczy każdego poranka, gdy mnisi ubrani w szafranowe stroje przemykają ulicami miasta, a klęczący na chodnikach mieszkańcy wkładają im do mis pokarm. To klęczenie także ma swoje uzasadnienie – według tradycji, głowa każdego człowieka musi być poniżej poziomu głowy mnicha. Najłatwiej to osiągnąć klecząc.
W godzinach poobiednich wybrałem się natomiast na drugą stronę rzeki, którą pokonałem przechodząc przez drewniany most za przejście którego oczywiście musiałem uiścić opłatę. Luang Prabang, a wydaje mi się też że cały Laos, pełny jest drewnianych mostów zbudowanych przez ludzi i przez nich utrzymywanych w dobrym stanie. Z tego też powodu mają oni niejako prawo pobierać symboliczne opłaty, chociaż jest to jednak denerwujące. Po drugiej stronie rzeki znajduje się restauracja na skarpie góry reklamująca najlepszy zachód słońca w mieście. Ja powiedziałbym raczej, że zachód ten jest raczej średni.
W inny dzień poszedłem rano do marketu, czyli na targ. Sporo ludzi, sporo straganów sprzedających głównie warzywa, owoce, ryby i mięso. Rarytasem, który znalazłem były zwłoki szczura i węża leżące sobie tuż przy kapuście. Naturalnie i wąż i szczur były na sprzedaż i gotowe do ugotowania. Szczura należałoby tylko chyba wcześniej wyczyścić z futra. Jak widać więc mieszkańcy Laosu, a przynajmniej jego północnej części, mają troszkę inne smaki, co wcale nie oznacza, że gorsze, bo taki szczur może być przecież bardzo smaczny. Żałuję tylko, że nigdzie nie znalazłem szczura upieczonego na rożnie, bo chętnie skosztowałbym kawałek. A jak już jesteśmy przy szczurach i wężach, muszę opisać tutejsze trunki. Jeden z nich nawet udało mi się wytargować za cenę 60 000 Kipów (20 złotych). Trunek mój, posiadający poważne 50% alkoholu, ma pojemność mniej więcej 0.5-0.7 litra, butelkę ze sprytnym korkiem, która zalakowana jest ładnie papierkiem przeźroczystym (taka tutejsza akcyza), oraz – uwaga, uwaga – dwa martwe skorpiony w środku usytuowane jeden na drugim. Oprócz tego w alkoholu moczą się jeszcze jakieś niezydentyfikowane badyle. Do wyboru są także trunki z wężem lub żmiją. Na nocnym markecie, tzn. straganie, mają też świetne wino ryżowe, którego małą piersióweczkę zakupiłem i wypiłem. Było pycha.
A co do mojej słabosilności o której pisałem ostatnio, to zrzucam ją na garb kilku rzeczy. Po pierwsze przeciągu w busie z Vientiane do Vang Vieng. Zawiało mnie tam konkretnie. Po drugie własnej głupoty pijąc zbyt duży zimnych napojów. Po trzecie smogu wypalanych pól i traw, które bardzo źle działają na drogi oddechowe i głowę. Nawet Lonely Planet pisze, że nie wszyscy o tej porze roku są w stanie wytrzymać dłużej, a ja pewnie do tej części ludzi należę.
Wracając do Luang Prabang. Mają tu świetne kanapki „Lao Style”, bardzo dobre duże kubki z herbatą (moją ulubioną jest Hot Ginger Tea with Honey), oraz wyśmienite zupy. Jak ja od zup uciekam gdzie pieprz rośnie, to w Laosie jadłem zupę już trzy razy, a w samym Luang Prabang aż dwa. To naprawdę powinna być wystarczająca rekomendacja.
Rzeczą, której nie lubię w tym mieście są kierowcy tuk-tuków, którzy czestą robią za szemranych sprzedawców. Nie dość, że bezustannie namawiają na wzięcie ich tuk-tuka lub zobaczenie wodospadów (które notabene są strasznie liche w porze suchej), to jeszcze próbują turystom wcisnąć gandzię, hasz, grzybki lub zaoferować kurs do lokalnego burdelu. Ja rozumiem, że jest zapotrzebowanie na takie atrakcje, ale męczą mnie ciągłe pytania „girls?”, „u want something?”, „weed-weed?”, „hash-hash?”. Ciekawostką jest, że dzieje się to za cichym przyzwoleniem policji, która sama też pali i używa.
A dzisiaj wieczorem wracam nocnym busem do Vientiane, aby w poniedziałek aplikować już o wizę do Tajlandii. W planach na najbliższe kilka dni przed powrotem do Tajlandii jest dozwiedzanie stolicy Laosu oraz odwiedzenie dziwacznego Xieng Khuan.
|
2010-03-25 Laos. Luang Prabang. Dzień 5-7.
Luang Prabang to bez wątpienia piękne miejsce. Spokojne, chociaż turystyczne. Z masą pięknych zabytkowych kamienic pamiętających francuską okupację. Przez 3 ostatnie dni zwiedziłem tyle, ile mogłem, chociaż nie wszystko. Głównym powodem jest zdrowie. Niby nic wielkiego, bo jedynie katar i ból gardła, ale jednak. Chociaż już jestem prawie zdrowy, to także dosyć zmęczony. Sam dokładnie nie wiem czym, bo przecież nie katarem. Z tego też powodu rodzi się powoli w głowie pomysł skrócenia wycieczki po Laosie. Nie myślałem, że do tego dojdzie, ale jednak. Podróżowanie, wydające się wspaniałą rzeczą, daje czasem też w kość. Zwłaszcza, gdy chcę się zobaczyć jak najwięcej. Wszędzie się chodzi, lub jeździ na rowerze zamiast wyłączyć na 2-3 dni.
Szczerze mówiąc, mam pustkę w głowie i nie za bardzo wiem co napisać o tych ostatnich drzech dniach. Chyba więc trzeba będzie post o Luang Prabang odłożyć na przyszłość. Tymczasem zapraszam do lektury moich trzech nowych artykułów opublikowanych na stronach mandragon.pl.
|
2010-03-22 Laos. Busem do Luang Prabang. Dzień 4.
Aby zacząć opowiadać o dniu czwartym należy cofnąć się dzień wstecz do wycieczki rowerowej. Na tej właśnie wycieczce poznałem trójkę anoniowych dla mnie Niemców. Dwie dziewczyny i chłopak. Rozmawiając, dowiedziałem się, że następnego dnia dziewczyny jadą do Luang Prabang tak zwanym VIP-Bus. Ja miałem natomiast w planach podróż w tym samym kierunku, ale zwykłym lokalnym busem. Różnica między oboma jest w cenie i w długości jazdy. Jak nie trudno się domyśleć VIP jedzie szybciej i za wiekszą kasę, oraz jadą nim tylko „falang”, czyli obcokrajowcy, co mnie kręci raczej średnio.
Wracając w niedzielę wieczorową porą do pokoju hotelowego natknąłem się na jedną ze wspomnianych Niemek, która momentalnie zagandęła mnie, czy aby na pewno w poniedziałek ruszam do Luang Prabang, bo jeśli tak, to ona ma dla mnie propozycję. Odpowiedziałem oczywiście, że tak, że na pewno. Dziewczyna zaoferowała więc odkupienie od niej biletu, bo obie zmieniły plany i jadą do Vientiane. Jako nierodowity Hinuds spytałem od razu „How much?”. Dziewczyna na to w równie indyjskim stylu: „Ile chcesz dać?”. Ostatecznie targ stanął na cenie 60 000 Kipów. Dodać trzeba, że prawdziwa cena to 95 000 Kipów. Nabyłem więc bilet za ponad 1/3 mniej.
Pościutki bus podjechał pod mój hotel o 9:35. Krążyliśmy po całym Vang Vieng do 10: 15, aż bus zapełnił się samymi „falangami”, jak nazywają obcokrajowców mieszkańcy Laosu. Tenże bus zabrał nas wszystkich na przystanek autobusowy, gdzie przesiedliśmy się już na bus docelowy. Niestety lub stety nie miał on zupełnie nic wspólnego z VIP-Bus. Wyglądał jak wypisz-wymaluj zwykły bus lokalny, którym planowałem przecież jechać. Fuksnęło mi się o tyle, że przez zamianę dwóch Niemek na mnie jednego, miałem dwa siedzenia dla siebie, i to za 1/3 ceny mniej. Tylko ja jeden więc w całym autobusie mogłem się pochwalić rzeczywistym stausem VIP :)
Bus miał jechać 6 godzin, a jechał 8. Z Vang Vieng do Luang Prabang jest zaledwie 168 km, ale przynajmniej 140 z nich to jazda po powykręcanych serpentynach, gdzie zakręt czasem miał nawet 180 stopni. Nie żartuję. Nagłe skręty w lewo, w prawo, jazda w dół i w górę. Ludzie z chorobą lokomocyjną najlepiej, aby jechali na dachu, bo tam wymiotować mogą dowoli. Wszystko, a raczej tylko większość, wynagradzają widoki. Mówię „raczej tylko większość”, bo Laos w marcu znacznie różni się od Laosu w październiku lub listopadzie. Głównym problemem marca nie jest susza i oczekiwanie na monsun, ale nagminne wypalanie lasów i pól. Często jechaliśmy w dymie. Na szczęście większość pól i lasów była już wypalona, jednak widok przypominał raczej powojenne pobojowisko, aniżeli pięknie zielone pola ryżowe i lasy palmowe, które można zobaczyć po porze deszczowej, w październiku i listopadzie. Do tego jeszcze ten bezustanny smród palonego drzewa i trawy.
Tak jadąc sobie po serpentynach górskich wjechał nam w bok wóz drewniany. Na szczęście na zadrapaniu karoserii i kilkuminutowej wymiany zdań między kierowcami się skończyło. Kilka godzin później znów wypadek. Tym razem wjeżdżając w zakręt wyjechała nam z naprzeciwka ciężarówka. Kierowca autobusu próbując manewrować wpadł prawym tylnym kołem do rowu. Na szczęście był to rów przy górze, a nie przy spadzie, bo w przeciwnym wypadku możliwe, że spadlibyśmy nawet dobre kilka kilometrów w dół. Nie mówiąc już o możliwym końcu wielu żywotów. Kierowca ciężarówki nie przejął się jednak zanadto i pojechał dalej. Nasz kierowca wraz z mężczyzną o chrypliwym głosie, który cały czas do tej pory siedział koło niego i krzyczał coś po Laotańsku od czasu do czasu, zaczęli układać kamienie pod wpadnięte koło, aby zrobić dróżkę do jezdni. Mężczyna o chrypliwym głosie siadł za kierownicą i wyjechał z rowu ku radości wszystkich pasażerów. Cała akcja trwała może w sumie 10 minut. Chrypiący prowadził bus już do końca.
Do Luang Prabang zajechaliśmy tuż przed zmrokiem. Póki co zaskoczyły mnie tu znacznie wyższe ceny pokoi (60 000 Kipów), ale jutro postaram się znaleźć coś tańszego. Zaskoczyła mnie też napotkana grupka Polaków-Londyńczyków, którzy wybrali się na 3-tygodniową wycieczkę. Najbardziej jednak zaskoczyła mnie gorąca woda w hotelowej łazience. Ostatni raz myłem się w ciepłej wodzie 6 marca, tuż przed wyjazdem z Phuketu. Sami więc rozumiecie moją radość z tak prostej rzeczy.
Fajną rzeczą wartą też opisania jest wegetariański bufet na Nocnym Markecie w Luang Prabang. Do wyboru jest „talerz mały” (7 000 Kipów) i „talerz duży” (10 000 Kipów). Nakładać można sobie dowoli, czyli do całkowitego wypełnienia talerza. Do wyboru są dwa rodzaje ryżów, trzy rodzaje makaronów i klusek, oraz około osiem rodzajów potraw wegetariańskich. Naprawdę można się najeść. Sztućców niestety brak, ale są za to pałeczki, którymi wprawna ręka może zjeść nawet ryż (zwłaszcza, że w tej części Azji je się głównie klejący ryż).
|
2010-03-21 Laos. Vang Vieng. Dzień 3.
Dzień trzeci zaczął się deszczem i nieoczekiwaną konkluzją, że mamy trzeba słuchać, bo chyba wszystkie mamy świata mają to do siebie, że często mają rację. Tatów zresztą też trzeba słuchać, ale akurat my tu o mamach mówimy. Skąd taki wniosek? Przed wyjazdem w styczniu do Tajlandii mama kazała zabrać dwa swetre, tak na wszelki wypadek. To nic, że będę w kraju, gdzie temperatura wacha się od 30 do 35 C bez względu na porę roku. Mama wymusiła, a ja dla świętego spokoju zabrałem. No i co? Ano to, że dzisiaj oprócz wspomnianego deszczu obudził mnie dwudziestostopniowy mróz. Na plusie oczywiście. Wiem, że brzmi to dziwnie biorąc pod uwagę aurę pogodową w Polsce, ale w tak niskiej temperaturze, jak +20 C, to ja nie byłem od ponad dwóch miesięcy. Po wyjściu z hotelu i przed obowiązkowym śniadaniem, nie obyło się więc bez zakupu ciepłej bluzy z kapturem, bo niestety swetry zostawiłem w Phetchaburi (nie było mamy, która kazałby zabrać choć jeden do Laosu).
Około 10-tej zaczęło się przejaśniać. Chmury powoli uciekały, a słońce niemrawo budziło się na nieboskłonie. Konrad więc wypożyczył rower za ciężkie 30 000 Kipów (10 zł) i ruszył w podróż po bezdrożach i wsiach okolic Vang Vieng. Jeszcze nie przejechał na drugą stronę rzeki, gdy zatrzymano go na moście. Opłata! Oczywiście tylko dla obcokrajowców. Targnęło mną w środku, ale zapłaciłem (6 000 Kipów = 2 zł). W zamian dostałem bilet uprawniający mnie do powrotnego przekroczenia mostu w drodze powrotnej. Naturalnie omijałem turystyczne szlaki. Gdy znak pokazywał w prawo, ja jechałem w lewo. I chociaż nie widziałem ani jednej jaskini, to miałem o wiele więcej zabawy. Jazda po wyschniętych polach ryżowych i wygrzebywanie czegoś z ziemi z okolicznymi kobietami, machanie do zadowolonych dzieci krzyczących powitalne "Sabadii!" i wiele innych, niby zwyczajnych atrakcji.
Raz jeden skręciłem na drogę do jaskini i mnie literalnie odrzuciło. Stół na środku, starszy mężczyzna, garstka dzieci i opłata przejazdowo-wjazdowa do światyni. WTF!!? Żebym jeszcze miał zamiar wejść do środka, ale ja tylko chciałem podjechać, zobaczyć jaskinię z zewnątrz i cyknąć zdjęcie. Po drodze od napotkanych turystów dowiedziałem się, że przy jaskiniach jest często kolejna opłata za wejście, i kolejna za latarkę, i kolejna za przewodnika, który pokaże nam więcej, niż sami możemy zobaczyć. Szczerze mówiąc tylko to ostatnie jest dla mnie zrozumiałe i opłacalne, bo mając przewodnika przynajmniej się nie zgubimy, co podobno często się zdarza. Lonely Planet dodaje jeszcze, żeby lepiej nie zostawiać rzeczy przed wejściem do jaskini w towarzystwie kogoś, kto zawodowo zajmuje się pilnowaniem. Zdarza się bowiem, że ginie i zawodowowy pilnowacz i rzeczy osobiste.
Jeżdżac tak sobie dojechałem do kolejnego mostu, a właściwie dwóch. Jeden dłuższy i niezwykle chybotliwy. Drugi krótszy i w miarę stabliny. Jako że bliżej mi było do chybotliwego, wszedłem na niego. Chybotał się rzeczywiście. Aż miałem lekkiego stracha, bo tu trzeba się trzymać, tu rower jeszcze prowadzić. Z drugiego mostu wtedy zaczęto do mnie machać, żebym lepiej nie przechodził i pokonał rzekę drugim przejazdem. Posłuchałem. Rower w tyłu zwrot i na drugi most. A tam, oczywiście, opłata! Targnęło mną jeszcze bardziej, bo ci nawet biletów nie mieli, więc wyglądało to jak zwykle wymuszenie. Wziąłem więc rower pod pachę, zszedłem z mostu i przeszedłem przez rzekę. A rzeka zwykła sikawka, czyli taka, co to po pierwszym piwie każdy jeden przesikać potrafi.
Nie wiem ile kilometrów na rowerze dzisiaj zrobiłem, ale jeździłem od 10:30 do prawie 17:00 z jednym tylko stopem na obiad. Szkoda tylko, że Laos w marcu nie jest tak piękny i zielony, jak Laos w październiku tuż po monsumie. Niesamowicie zielone pola ryżowe, w marcu są wyschnięte na szarozielony kolor. Cóż, nie można mieć wszystkiego...
Jutro natomiast ruszam w drogę do Luang Prabang, podobno jednego z najładniejszych miejsc w całym Laosie.
|
2010-03-20 Laos. Vang Vieng. Dzień 2.
Dzisiaj z samego rana wymeldowałem się z mojego "eksluzywnego" pokoju z dziurawym stołem, i ruszyłem na stację autobusową Talag. Zanim jednak tam trafiłem zaliczyłem na śniadanie Kanapkę Laotańską. Znów, to już po raz trzeci, bardzo mi smakowało. Długa bagietka, warzywa, jakieś niezydentyfikowane mięso, oraz świetny ostrawy - ale nie ostry - sos. Palce lizać.
Na stację busów trafiłem o 9:25, czyli na zaledwie 5 minut przed planowanym odjazdem. Terminal jest jednak tak mały, że znalezienie busu było dziecinnie proste. Spytałem kogoś: "Vang Vieng?" i palcem pokazno bus. Przy wsiadaniu upewniłem się jeszcze, czy aby na pewno to bus do Vang Vieng. Na pewno. W środku wszystkie siedzenia zajęte. Na końcu, w przejściu, między siedzeniami... motor. Tak, dobrze czytacie - motor. Ktoś po prostu doszedł sobie do wniosku, że po co wydawać na benzynę, kiedy można sobie motocykl wsadzić do autobusu, a samemu rozsiąść się wygodnie na siedzeniu. W Laosie, jak widać, pomysłowość ludzi sięga szerszych perspektyw. To jednak nie koniec niespodzianek. Przed motorem, we wspomnianym przejściu pomiędzy siedzeniami, rozstawione plastikowe krzesełka, pełniące rolę dodatkowych miejsc siedzących. Ten pomysł jednak na tyle mi się spodobał, że przynajmniej miałem gdzie siedzieć przez te prawie 4 godziny podróży. To nic, że tyłek bolał, a krzesłem rzucało na pokrętnych serpentynach górskich. Ważne, że siedziałem. A w czasie jazdy ciągłe i na okrągło spokojne romantyczne piosenki laotańskie, które - chociaż nie znam słów - raczej mi się podobają.
Dodać można, że dachu były tylko pakunki. Żadnych ludzi. Motorów też nie :)
Do Vang Vieng zajechałem około 14:20. Miasteczko małe, bo zaledwie dwudziestukilkutysięczne. Niestety typowo turystyczne. Pełno hoteli, restauracji, a wszystko horrendalnie drogie. Horrendalnie, oczywiście na warunki Laosu. Cena pokoju hotelowego, to jeszcze nie tragedia: 40 000 Kipów, czyli 13,50 zł. Jednak jedzenie to już nieporozumienie. Za ryż smażony z mięsem i warzywami trzeba wybulić minimum 20 000 Kipów (6,76 zł). Mało? Dla porównania, w Tajlandii zapłacimy za to samo jedyne 30 Bahtów, czyli 2,67 zł. Zdzierstwo niesamowite, a jedzenie dalekie od laotańskiego. Wszystko gotowane pod europejsko-amerykańskie podniebienia. Bzdura. Nie po to przecież jeździ się po świecie, żeby jeść wiecznie to samo...
Wracając jednak do samego miasta. Okolica, której jeszcze nie zwiedziłem zanadto, wydaje się wspaniała. Rzeki i masy gór. Po południu wybrałem się na spacer nad jedną z nich. Tak, jak bardzo podobała mi się przyroda, tak byłem rozczarowany całą resztą. Dookoła rzeki głównie bary serwujące głównie alkohol lub happy-napoje, czyli soki z dodatkiem marihuany, haszyszu, grzybków halucynogennych i innych tego typu przyjemności. Wszystko oczywiście drogie, jak diabli. Do tego jeszcze trzeba dodać super głośną muzykę techno puszczaną z głośników wyższych niż stoły. Uciekłem z stamtąd szybciej niż mogłem. Celem bycia blisko natury nie jest przecież słuchanie wrzaskliwego techno i upijanie się w trupa.
Doszedłem na drugą stronę rzeki po długim drewnianym moście. Byłem nareszcie sam. Zero muzyki i wrzasków. Dookoła góry, a w bliższej odległości palmy, drzewa liściaste i pola ryżowe. W niedługim czasie zaczęło powoli zachodzić słońce, a ja byłem już bardziej zadowolony z miejsca do którego przyjechałem.
W drodze powrotnej do hotelu natknąłem się na lokalne rozgrywki patang. Patang to uliczna gra będąca w Laosie prawie grą narodową. Grają wszyscy - starsi i młodsi. Patang polega na rzucaniu metalowymi kulami o siebie, w taki sposób, żeby kule przeciwników odbić jak najdalej od małej żółtej kulki. W wersji, którą widziałem było 5 zawodników. Każdy grał sam, a wszyscy o pieniądze. Boisko ma mniej więcej metr na dziesięć metrów. Nawierzchnia zwyczajna, czyli ziemia zmieszana z kamykami. Mniej więcej w 3/4 boiska ustawia się małą żółtą kulkę. Zawodnicy z drugiego końca boisko, od dołu spod nadgarstka wyrzucają kule tak, aby wyrzucona kula była jak najbliżej żółtej. Kolejny zawodnik próbuje wybić kulę przeciwnika za boisko oraz jednocześnie znaleźć się najbliżej żółtej. Gra się na turami, a każdy zawodnik ma trzy próby w turze. Tyle zaobserwowałem w ciągu 30 minut. Nie wiem niestety jak liczone są punkty.
Jutro mam w planach jazdę rowerem lub skuterem po okolicy, a w poniedziałek wyruszam do Luang Prabang. Tyle.
|
2010-03-19 Laos. Vientiane. Dzień 1.
Do miast Nong Khai po tajskiej stronie granicy z Laosem zajechałem około godziny 7:30. Temperatura była niższa niż w Bangkoku o tej samej porze. Opuszczenie Tajlandii było bezproblemowe. Wypełniłem Kartę Wyjazdową, a pan celnik wbił pieczęć z datą dzisiejszą. Nic prostszego. Po odbębnieniu formalności powrót do autobusu, którym z jedną przesiadką jechałem z samego Bangkoku. Gdy wszyscy byli już na pokładzie, bus ruszył w kierunku Mostu Przyjaźni pomiędzy Tajlandią i Laosem. Do połowy mostu po obu stronach powiewały flagi Tajlandii na przemian z żółtymi flagami symbolizującymi godziwie panującego nam Króla. Od połowy mostu, gdy zaczynał się już formalnie Laos, na wietrze zaczęły tańczyć - troszkę nieoczekiwanie - czerowne flagi z wymalowanymi na żółto sierpem i młotem. Zupełnie jakbym wieżdżał dwadzieścia lat temu na teren Związku (zd)Radzieckiego. Na szczęście był to jednak Laos, o czym świadczyły niebiesko-czerowne flagi z białym okręgiem na środku, usytuowane na przemian ze wspomnianymi czerowno-żółtymi. Dlaczego jednak ten sierp z młotem? Ano dlatego, że Laos po wielu perturbacjach wciąż jest ciężko zakochany w socjalizmie, chociaż jak głosi matka historia, ten piękny okres jest już tylko wspomnieniem.
Przejście przez granicę i wejście na ziemie Laosu także było proste i szybkie, zwłaszcza, że miałem już wbitą w paszport miesięczną wizę turystyczną, która dostałem zaledwie dzień wcześniej w Bangkoku.
Moje pierwsze wrażenie o Laosie było troszkę zaskakujące: Indie. Wieś indyjska. Wszystko takie przykurzone, przybrudzone. Jedna asfaltowa droga, którą jechaliśmy. Wszystkie poprzeczne to zwykłe udeptane klepiska. Budynki stare, a ściany czarne. Wieś indyjska całą gębą. Wszystko jednak zmieniło się, gdy po zaledwie kilkunastu minutach wjechaliśmy do Vientiane, stolicy Laosu. Nagle brzydkie kaczątko zmieniło się może nie w pięknego łabędzia, ale klimatycznie-niszową czaplę. Niskie, piętrowe budynki pomalowane w przeważającej większości na różne odcienie żółci i zieleni. Piękne, kolonialne okiennice. No i te balkony z górnymi i dolnymi zdobieniami. Ah. Serce uśmiechnęło się do duszy. Tu jest wspaniale.
Bus zatrzymał się na jednej z takich właśnie uliczek. Wziąłem swoje dwa małe plecaki (wielgaśny został w szkole w Phetchaburi) i z nieśmiertelną Lonely Planet w ręku ruszyłem na poszukiwania hotelu. Pierwsza próba: drogo, 60 000 Kipów (20 zł). Druga próba była już lepsza: 35 000 Kipów (12 zł). Pokój nieduży, ale też nie klaustrofobicznie mały. Twarde jak kamień łóżko, koc w dobrym stanie, wiatrak na ścianie, krzesło i dziurawy stół. Łazienka na korytarzu. "Piękny!" powiedziałem panu z recepcji opisując wygląd pokoju. Po krótkim przepakowanio-rozpakowaniu nadszedł czas na spacer po ulicach Vientiane. Oczywiście z aparatem w ręku. Stolica Laosu to bez wątpienia najmniejsza, najmniej tłoczna, najbardziej zabytkowa i najbardziej klimatyczna stolica ze wszystkich kilkunastu, jakie widziałem do tej pory w życiu obecnym. Muszę powiedzieć, że podoba mi się tutaj niesamowicie. Gdyby mi teraz ktoś dał wybór: rok w Phetchaburi albo rok w Vientiane, długo drapałbym się palcem po głowie. Spacerując tak sobie po mieście, doszedłem do przydrożnej knajpki na świeżym powietrzu nad rzeką Mekong z widokiem na Tajlandię po drugiej stronie rzeki. Pani kucharka nie posiadała karty dań. Powiedziała coś po Laotańsku, ja odpowiedziałem OK i po paru chwilach miałem przed sobą przeukochany talerz zupy! Ci, którzy mnie znają dobrze, wiedzą, że zupy to ja jadam, owszem, ale tylko za karę. Są tylko trzy typy zup, jakie lubię: cygańska, zalewajka i flaki. Możecie więc sobie wyobrazić, że byłem "przeszczęśliwy". "Trudno", pomyślałem jednak. Nie należę do tych, którzy grymaszą. W końcu zupa to też jedzenie. Pierwszy łyk. Drugi. Trzeci. W dupę jeża, ta zupa jest wspaniała! Nie wiem dokładnie co w niej było. Trzy rodzaje mięsa, długaśne kluski w typie spagetti i jakieś czerwone przyprawy. Do wiosłowania pałeczki w ręcę prawej i łyżka w ręce lewej. Szkoda tylko, że nie udało mi się poznać nazwy tej zupy. "Zupa Laotańska", jak ją nazwałem, wpisała się niniejszym w wąski poczet zup, które jem i lubię. Na pewno nie był to ostatni raz, gdy ją próbowałem. Cena: 10 000 Kipów (3,40 zł).
Później, po zwiedzaniu świątyń (których jednak nie opiszę, a zdjęcia wrzucę w odpowiednim czasie), już w innej restauracji, skusiłem się na kaczkę z ryżem. I znów pozytywne zaskoczenie. Jedzenie wyborne! Oprócz wspomnianej kaczki ładnie pociętej na kawałki i bez kości, oraz ryżu, dostałem sos sojowy, sporo zieloniutkiej sałaty, i wcale nie mniej zieloniutkiej... wody. Tak, tak, woda o zabarwieniu zielonym z przeźroczystym lodem. Tutaj należy się małe sprostowanie. Woda w Laosie ma albo zabarwienie zielone, albo czerwone. Podobno od filtrów i czegoś tam jeszcze. Piszą o tym wszystkie przewodniki, i naprawdę nie ma potrzeby się bać, uciekać i nie wierzyć. Woda zdrowa to woda zielonkawa. Tak dla odmiany, żeby było ciekawie :) Wracając jednak do samego dania. Jeśli będzie tak dalej, że cokolwiek nie zjem to wszystko mi smakuje, będę chyba oficjalnie zmuszony ogłosić, że kuchnia laotańska jest jedną z najlepszych kuchni na świecie. A cena kaczki z ryżem to jedyne 13 000 Kipów, czyli 4,39 zł. Prawda, że fajnie? :)
A, bym zapomniał. Ruch w Laosie jest odwrotny do znanego nam z Tajlandii, tudzież Indii lub Wielkiej Brytanii, ruchu lewostronnego. A to oznacza, że dla Polaka jest prawidłowo prawostronny. Mnie jednak trochę to wprowadza zamotania w głowie. Sami Laotańczycy natomiast, jeżdżą bardzo kulturalnie i cywilizowanie. Nawet uznają światła drogowe, co w Indiach (a szczególnie w Bangladeszu) nie jest już takie oczywiste.
Tyle. Jutro jadę publicznym busem do Vang Vieng.
|
2010-03-17 (Prawie) Dwa miesiące
Jutro mijają dwa miesiące odkąd wyleciałem z Polski w kierunku Tajlandii. Czas minął niesamowicie szybko. Nauczyłem się nie liczyć upływających dni, tygodni i miesięcy. Tudzież, odzwyczaiłem się od ich liczenia. Zależy jak na to spojrzymy.
Myślę więc, że być może nadszedł moment małego podsumowania. Decyzji o ponownym opuszczeniu kraju nie żałuję. Najlepiej czuję się w ruchu, w podróży, w autobusie, gdy siedzę na niewygodnym krześle, tyłek coraz bardziej boli, a świat za oknem zmienia się z każdą sekundą. Bez względu na to, co myślą lub mówią inni, podróżowanie i życie w dalekich krajach jest tym, co najbardziej mi odpowiada. Moim sposobem na spędzenie życia.
Polski mi nie brakuje. Zresztą nigdy jej nie brakowało. Już jako dzięsięcioletni chłopiec na lekcji historii zostałem zapytany przez ówczesną wychowawczynię: "Czym jest dla Ciebie patriotyzm?". Po dłuższej chwili zastanowienia, odpowiedziałem w zgodzie z samym sobą: "Niczym. Mogę żyć wszędzie". Nauczycielka zdziwiła się odpowiedzią i kazała usiąść. Ja natomiast sam chyba jeszcze nie rozumiałem głębokiej prawdy zawartej we własnych słowach. Oczywiście brakuje mi czasem osób, zwłaszcza najbliższych: mamy, taty, Liki z Krzyśkiem, Ari z Tosią, Nany, Całeczki z Raniusią i całej reszty familii. Wypadów na browara ze znajomymi i opychania się maxami o pierwszej w nocy. Nauczyłem się jednak z tym żyć, a po za tym jest przecież Internet i darmowe rozmowy przez Skype'a.
Decyzję o ponownym opuszczeniu kraju uznaję za bardzo dobrą. Wiele osób znów odradzało, pukało się w głowę, wątpiło i zastanawiało. Ze niby teraz jadę po części w nieznane, że nie ma nic ugranego jak za czasów pierwszego wyjazdu z AIESEC lub kolejnych na TCS-owe projekty. Ja jednak już dawno przekonałem się, że mogę sam i umiem sam. Przeszedłem kurs TEFL. Znalazłem pracę w miejscu, które spodobało mi się odkąd zacząłem o nim czytać - Phetchaburi. Zaczynam więc kolejny etap życia.
W Tajlandii brakuje mi trochę indyjskich potraw, języka bengalskiego i czaju na każdym rogu. I, oczywiście, brakuje Sudipy. Mam jednak wiarę, że wszystko ułoży się tak, jak powinno. Zawsze mówię "Good things happen to good people". Tutaj więc też tak będzie. Wszystko jednak wymaga odpowiedniego momentu w czasie, który wcześniej lub później nadejdzie.
Co mi się natomiast podoba w Tajlandii? Po kilku pierwszych tygodniach, lubię już tutejsze jedzenie. Kubki smakowe przyzwyczaiły się i w pełni zaakceptowały nowe smaki. Lubię czystość i porządek, które wyróżniają Tajlandię na tle Indii. Lubię "mai bpen rai" podejście do życia. Lubię te wieczne uśmiechy na każdym kroku. Wreszcie nikt nie pyta mnie dlaczego się ciągle uśmiecham. W Tajlandii wszyscy się uśmiechają. Do innych, do siebie, do własnych myśli, a nawet i do ściany. Lubię przyrodę. Lubię pogodę, która po całym okresie indyjskim jest dla mnie znacznie bardziej rzeźka, niż dla wszystkich turystów przyjeżdżających tu na kilkutygodniowy wypad.
Wiedziałem, że miałem rację wyjeżdżając. Teraz też o tym wiem.
|
2010-03-16 Jak zmienić komuś życie
Spotkałem go wczoraj na przystanku autobusowym. Najbardziej zatłoczonym przystanku autobusowym w mieście, trzeba dodać. Od razu wydał mi się turystą oraz Polakiem. Po kilku minutach postanowiłem zaoferować mu wspólną jazdę taksówką, bo autobus długo się nie pojawiał. On odmówił i odszedł. Po chwili jednak powrócił tłumacząc, że jest inny bus, którym możemy jechać wspólnie - 12. Poszliśmy więc na kolejny przystanek. Razem, ale jednak osobno. Bez słów. W ciszy. W końcu przyjechał bus numer 12. Weszliśmy do niego nie zamieniając słowa ze sobą. Usiedliśmy osobno. Bus dojechał do przystanku na którym kazano nam wysiąść i iść piechotą. Początkowo szliśmy osobno. Później jednak dogonił mnie. Zapytałem w końcu "where are you from?". "Poland" odpowiedział. Tak zaczęliśmy rozmawiać. Mimochodem wspomniałem o Phetchaburi i kursie TEFL. On momentalnie złapał temat. Podałem mu namiary na szkołę, linki do stron dla nauczycieli. Zapalił się niesamowicie. W kilka sekund postanowił zapisać się na TEFL i szukać pracy jako nauczyciel. Najlepiej na Filipinach. Po chwili dodał "dzisiaj zmieniłeś moje życie. Nie wracam do Polski. Idę na kurs i zostaję w Azji".
Tak właśnie się dzieje w życiu. Czasem spotykamy kogoś zupełnie przypadkiem. Rozmawiamy przez 5 minut, i cały świat nagle się zmienia. Mój świat i życie zmieniła Magda J., którą poznałem w lutym 2005. Rozmawialiśmy przez około 2 godziny o Indiach. Potem już wiedziałem, że wyjadę. Była to tylko kwestia czasu.
Poznany Marcinie, oby Twoje życie też się zmieniło :)
|
2010-03-16 Czerwone demonstracje
Kilka dni temu pisałem o zagrożeniu demonstracjami i atakami terrorystycznymi w związku z napiętą sytuacją polityczną w kraju. Wczoraj i dzisiaj rano wybrałem się w okolice Pomniku Demokracji, aby na własne oczy zbadać sytuację.
Okazuje się, że demostracja zorganizowana przez partię Czerownych (nie pytajcie o szczegóły, bo nic nie wiem) to żadna demonstracja, a raczej przyjacielski happening. Ludzie spacerują uśmiechnięci, nikt z nikim się nie bije. Rozdawane są woda i jedzenie za darmo. Są trzy typy toalet w których można się załatwić. Ludzie klaszczą plastikowymi "klaszczkami" (łapki, które uderzają o siebie). Można kupić pamiątkowe koszulki i czapeczki z jakimiś politycznymi hasłami. Jest po prostu miło i przyjemnie. Atmosfera bardziej przypomina koncert, albo towarzyskie rozgrywki sportowe.
Jedyne czego udało mi się dowedzieć o całej obecnej sytuacji politycznej to to, że Partia Czerwonych żąda dymisji obecnego rządu i nowych prawdziwych wyborów. Ludzie śpią, żyją na chodnikach dookoła Pomniku Demokracji i nie odejdą dopóki rząd nie ustąpi ze stołków. Nie wiem, czy ich postulaty i rządania są dobre czy złe, podoba mi się jednak pokojowy sposób demonstracji. Żadnej widocznej agresji i rozbojów. Całą "imprezę" ochrania zaledwie garstka policjantów, bo więcej jest naprawdę zbędna.
Wracając do trzech typów toalet o których wspomniałem. Pierwszy to zwykłe toalety-szalupy, znane z Polski. Drugi typ to otwarte pisuary na świeżym powietrzu, których konstrukcja po prostu aż prosi się o opisanie. W miejscu "miejsca do sikania" umieszczone są... metalowe misy z wyciętą dziurą do których przyłączona rura odprowadza sik do kanałów. Trzeci typ to buso-toalety, czyli autobusy które zamiast siedzień mają pisuary. Mobilne toalety rozstawione są na rogu wylotowych ulic.
Zewsząd oczywiście słychać propagandowe hasła i przemowy tajskich przywódców stojących na specjalnie ustawionej scenie. Ciekawostką jest też odgrywany co kilka godzin hymn, w czasie którego każdy - absolutnie każdy - przerywa wykonywaną czynność, staje na baczność i w ciszy słucha hymnu.
|
2010-03-15 O Phetchaburi słów kilka
Przez ostatnie 4 dni, odkąd przyjechałem do Phetchaburi staram się jak najwięcej zobaczyć, aby być w pełni świadom miejsca w którym zamierzam spędzić następne dwanaście miesięcy życia. Muszę przyznać, że moja fascynacja tym miejscem jest z każdym dniem większa.
Już we czwartek urzekły mnie tutejsze świątynie rozrzucone po mieście. Stare, zabytkowe, w większości drewniane budynki. Buddyjscy mnisi spacerujący po świątyniach i mieście. Zapach kadzideł. Czuć po prostu kilmat tego wyjątkowego miejsca.
W sobotę, czyli dzień po wizycie w szkole, wybrałem się na zwiedzanie tutejszych jaskiń. Z ręką na sercu, nie widziałem jeszcze czegoś takiego. Jaskinie Tham Khao Luang i Khao Banda It są absolutnie niesamowite (zdjęcia na http://www.konradknapik.com). Wielkie, przestrzenne jaskinie wypełnione dziesiątkami posągów Buddy. Większość z nich to małe kilkudziesięciu centymetrowe statuetki, ale jest też kilka około 20-30 metrowych posągów. Największe wrażenie budzi natomiast ogromiasty leżący Budda, długi na dobre 40-50 metrów. Chociaż nie udało mi się dowiedzieć genezy obu jaskiń, doczytałem się, że wszystkie - lub większość - posągów zostały ustawione za czasów króla Ramy IV, a więc w pierwszej połowie XIX w. Obie świątynie znajdują się w odległości około 5-6 km od siebie. Do obu jednak łatwo trafić rowerem. Uważać trzeba tylko na tutejsze psy, które z sobie tylko znanych powodów nie lubią obcokrajowców. Nie wiem, być może inaczej chodzimy, mamy inny zapach. Psy w każdym razie ujadają, a czasem nawet zdarzy im się zaatkować. Mnie jeden z nich ugryzł w podciągniętą nogawkę spodni. Na szczęście złapał słabo i przez materiał, więc nic zupełnie mi się nie stało. Pozostał jednak niesmak, bo nie nazwałbym tego strachem. Ci, którzy dobrze mnie znają, wiedzą, że nie boję się psów i sam mam dwa, które niniejszym pozdrawiam :)
W niedzielę natomiast wybrałem się trochę dalej za miasto. Odwiedziłem dwa nadmorskie kurorty - Cham-am i Hua-Hin. Do obu można z łatwością dojechać minivanem lub busem. Koszt biletu to jedyne 30-40 bahtów w zależności od miejsca (Hua-Hin jest dalej, więc i bilet droższy). Chociaż oba nadmorskie miasteczka są do siebie podobne - mają plaże, morze, bary, sklepy i restauracje - to jednak z powodu odwiedzających ich osób są dosyć różne. Cha-am to typowo wypadowo-weekendowe miasto dla młodzieży Bangkoku. W ciągu trzech godzin jakie tam spędziłem, widzałem może pięciu obcokrajowców. W Hua-Hin proporcje są mniej więcej równe, czyli 50:50. Hua-Hin powoli też staje się drugą Pattayą, włącznie z podobno dynamicznie rosnącą sceną rozrywek erotycznych. Dla tych, którzy chcą odpocząć i poleżeć w spokoju na plaży lepszym wyjściem wydaje się więc Cha-am.
Mówiąc o Hua-Hin i Cha-am nie wypada wspomnieć o górach, które rozciągają się dookoła drogi. Mnie osobiście kojarzą się one z górami Krabi, co tylko dodaje im uroku. Wielkie, masywne bloko-kamienio-góry obrośnięte drzewami, które nagle wyrastają z ziemi, po chwili równie niespodziewanie się kończąc. Tutejsze góry są więc zupełnie inne od polskich na które zawsze łatwo wejść i zejść. Tutaj bez odpowiedniego sprzętu wspinaczkowego wejście wydaje się dosyć trudne.
Podsumowując, Phetchaburi to Tajlandia w pigułce. Jest może, są góry, jest największy park krajobrazowy w kraju (jeszcze nie odwiedziłem), są stare, zabytkowe świątynie, ale też nowe, złociste i lśniące. Jest po prostu pięknie :)
|
2010-03-12 Phetchaburi - moje nowe miejsce
Chociaż miałem już ustawioną pracę w gimnazjum na peryferiach Bangkoku, nadal rozważałem kolejne opcje pracy, czyli Rayong i Phetchaburi. W związku z tym w środę opuściłem Bangkok udając się na południowy wschód. Miasto Rayong nie spodobało mi się zanim tam jeszcze wjechałem. Mówię zanim, bo miałem wątpliwą przyjemność obejrzeć piaszczyste plaże w Ban Pe - małego miasteczka na Zatoką Syjamską. Ban Pe przywołało mi na myśl odrażająco brudne plaże w południowoindyjskim Chennai. Tfu.
Rayong natomiast, to duża wiocha z jedną główną ulicą, która podobno ma drugą równoległą ulicę. Największą ponoć atrakcją miasta są wizyty w... Tesco :) Oprócz tego jest masa sklepów oferujących motory i skutery, oraz dwa (po co dwa?) terminale autobusowe. Szkoła jednak nie mieści się ani w Rayong, ani w Ban Pe, ale w wiosce Klaeng pośrodku niczego, do której ostatecznie i tak nie trafiłem. Dlaczego? Rayong i Ban Pe, które są bezpośrednią okolicą Klaeng, były dla mnie na tyle nieciekawe, że postanowiłem zwyczajnie uciec z stamtąd nie pojawiając się wcale na rozmowie kwalifikacyjnej. Wiem, że to brzydko, ale wiem też, że na pewno nie chciałbym tam mieszkać, szczególnie, że miałem już zagwarantowaną pracę w północnym Bangkoku.
Po za tym w środę wieczorem skontaktowała się ze mną szkoła w Phetchaburi, która nalegała na spotkanie jeszcze przed weekendem. A wszystko co do tej pory wiedziałem o Phetchaburi i samej szkole, jawiło mi się w samych superlatywach. Spakowałem więc jeszcze w środę wieczorem plecak i we czwartek rano byłem już w busie do północnego terminalu Mo Chit w Bangkoku, skąd złapałem minivan do terminalu południowego, gdzie był już bezpośredni minivan do Phetchaburi.
Phetchaburi, znane jako "żyjące Ayutthaya" to zabytkowe miasteczko utrzymane w tradycyjnym stylu starego Syjamu. Tutaj aż pachnie historią, a powietrze wypełnione jest duchami. Do tego trzeba dodać największy park krajobrazowy w Tajlandii z masą dzikich zwierząt, niedalekie piękne plaże w Cha-am i Hua-Hin, oraz zaledwie dwugodzinną odległość od Bangkoku. Lepsza rekomendacja jest chyba zbyteczna. Po wczorajszym spacerze uliczkami miasta, dzisiaj udałem się na rozmowę kwalifikacyjną. Szkoła Benchamatheputit mieści się mniej więcej w centrum miasta. Uczy się w niej 3,000 uczniów w wieku licealnym. Szkoła cieszy się nagrodami i wyróżnieniami zdobytymi przez swoich podopieczonych w ogólnonarodowych konkursach. Organizuje wakacje oraz wymiany ze szkołami w Kanadzie. Ja miałbym się tu zajmować przede wszystkim nauką informatyki, oraz w mniejszym stopniu angielskiego. Władze szkoły oczekują ode mnie dokładnie tego, co sam chcę robić, mianowicie uczenia bardziej zaawansowanej informatyki włącznie z programowaniem, ponieważ niektóre klasy mają charakter naukowy, przez co większy nacisk położony jest na takie właśnie przedmioty jak informatyka. Szkoła pomaga w znalezieniu mieszkania oraz - na życzenie - skutera, a nawet prywatnego nauczyciela języka Tajskiego. Płaca jest minimalnie niższa aniżeli w Bangkoku, ale za to życie jest o wiele tańsze.
Po rozmowie najpierw z Amerykaninem Eddim, a później z panią dyrektor, zabrano mnie na spacer po szkole. Większość pomieszczeń jest klimatyzowanych. Wszystko wygląda ładnie i czysto. Po spacerze szybko doszliśmy do wniosku, że chcemy razem pracować. Warunki pracy i płacy zostały ustalone. W poniedziałek odbędzie się podpisanie kontraktu. W ten sam dzień dostanę też wszystkie dokumenty potrzebne o ubieganie się o Non-Immigrant Visa oraz Pozwolenie o Pracę. Pracę zacznę 16 kwietnia, jednak że zaproponowałem, że w Phetchaburi stawię się najpóźniej tydzień wcześniej, aby mieć trochę czasu o znalezienie lokum.
W przyszłym tygodniu natomiast, jeszcze przed wygaśnięciem mojej Wizy Turystycznej, która kończy się 20 marca, jadę do Laosu załatwić wszystkie formalności związane z pracą w Tajlandii. Oczywiście przy okazji zwiedzę sobie Laos. Już nie mogę się doczekać wycieczki i rozpoczęcia nowego roku szkolnego :)
|
2010-03-11 Zagrożenie demonstracjami i zamachami terrorystycznymi
W związku procesem pana Takshina (nie pytajcie mnie o co chodzi, bo nie wiem) oraz, co za tym idzie, niestabliną sytuacją polityczną, Ambasada Polski w Bangkoku poinformowała na swojej oficjalnej stronie internetowej o możliwych demonstracjach rządowych, a nawet zamachach terrorystycznych w najbliższy weekend w Bangkoku i okolicach. Treść całego ogłoszenia tutaj. Zagrożone mogą być nie tylko rejony budynków rządowych, ale nawet miejsca typowo turystyczne.
Muszę przyznać, że zaczynam się zastanawiać, czy powrót do Bangkoku w niedzielę (aktualnie jestem w Phetchaburi) jest rzeczywiście dobrym pomysłem. Chyba będzie lepiej, jeśli - tak na wszelki wypadek - wrócę do stolicy dzień później, czyli w poniedziałek.
|
2010-03-09 Propozycja pracy :)
Dostałem propozycję pracy! Szkoła w której dzisiaj miałem rozmowę kwalifikacyjną zaoferowała mi 11-sto miesięczny kontrakt, od 1 maja 2010 (początek roku szkolnego) do 31 marca 2011 (koniec roku szkolnego). Jeśli się zdecyduję, będę uczyć informatyki i angielskiego w publicznej szkole gimnazjalnej.
O zaoferowaniu mi kontraktu zadecydowała godzina lekcji, którą zostałem poproszony przeprowadzić. Tematem lekcji był program Movie Maker. Rzecz prosta dla tych, którzy już się programem bawili. Pani dyrektor i wice-dyrektor spodobał się mój zupełny brak jakiejkolwiek tremy, ciągłe chodzenie po klasie od komputera do komputera i podpowiadanie co i jak trzeba zrobić, moja pomysłowość, gdy okazało się, że sieć nie działa i nie da się uczniom udostępnić filmików z którymi mogliby pracować, oraz poczucie humoru, gdy co niektórzy uczniowie nie robili dokładnie tego co powinni. Ponadto obie panie, które przeprowadzały ze mną rozmowę kwalifikacyjną zgodnie stwierdziły, że z moich dyplomów i dokumentów jasno wynika, że chcę być nauczycielem. A jak jeszcze dodałem, że mama jest nauczycielką, to już w ogóle doszły do wniosku, że nauczanie mam najprawdopobniej we krwii :)
Do podpisania kontraktu pozostało tylko przedstawienie przeze mnie oryginalnych dokumentów ukończenia studiów magisterskich i pedagogicznych (nic to, że dokumenty są po polsku - oryginał być musi, bo takie są przepisy). Im szybciej to zrobię, tym szybciej podpiszemy kontrakt. A w ramach załatwienia wizy będę musiał udać się do Laosu lub Kambodży, co jeszcze bardziej mi się podoba, bo nie ma to jak dodatkowa wycieczka. Już zdecydowałem się na Laos, bo jest taniej i bliżej, a mógłbym tam sobie posiedzieć przynajmniej tydzień zwiedzając tu i ówdzie.
Oprócz tego szkoła zobligowała się do pomocy w znalezieniu mi mieszkania w takiej okolicy, abym miał i blisko do szkoły, i blisko do centrum miasta. Póki co najbardziej odpowiada mi okolica Victory Monument, bo mogę stamtąd złapać bus do każdego miejsca w mieście, włącznie ze szkołą. A, jeszcze jedno. Pani dyrektor była cała w skowronkach, gdy zapytałem, czy pomogą mi znaleźć jakiś dobry kurs języka tajskiego, go chciałbym się nauczyć ich języka :)
|
2010-03-08 BusoJazzzda
Dzisiaj wybrałem się na busojazdę po Bangkoku. Celem wycieczki było zlokalizowanie szkoły w której jutro mam rozmowę kwalifikacyjną. Jak niełatwo podróżuje się po stolicy, przekonałem się naprawdę w całej okazałości i rzeczy samej. Zacznijmy jednak od początku.
Wstałem o 6:30, aby mieć odpowiedni zapas czasu, oraz w najbliższy możliwy sposób zainscenizjować dzień jutrzejszy w którym mam być o godzinie 9-tej w szkole. Wedle wskazówek pana z recepcji udałem się na przystanek naprzeciw hotelu, aby złapać bus 33. Pierwszy niestety uciekł mi, bo zajechał mu miejsce stopu inny bus, a kierowcy nie chciało się stanąć za, i poczekać, więc zwyczajnie nie stanął wcale. Trudno. Doczekałem się na następny bus. Wsiadłem i jechałem, jechałem, jechałem, aż zajechałem do Pathum Thani, które okazało się totalną dziurą przypominającą dziury indyjskie. Chociaż zaczęło mnie odrzucać momentalnie, postanowiłem szkołę jednak znaleźć. Z pomocą dziewczynki-uczennicy, która ledwo-ledwo, ale jednak mówiła po angielsku, udało mi się złapać bus do Rangsit, bo jak się okazało szkoła do której jechałem nie była w Pathum Thani w Pathum Thani, ale w Rangsit w Pathum Thani. Dojechałem do Future Park Rangsit o którym wspominała pani dyrektor. Tam znów opatrzność zesłała mi ucznia trochę mówiącego po angielsku, który wskazał mi drogę. Niestety po 5 minutach spaceru skończył się chodnik :) Nie pozostało więc nic innego jak motorowa taksówka, która nie bez problemów dowiozła mnie do szkoły. Szkoła ładna, duża i kilkubudynkowa. Do środka nie wchodziłem, bo nie chciałem zdradzić swej obecności. Po 3 minutach rozpocząłem więc podróż powrotną, która to dopiero obiftowała w niezłą zamotę. Zanim jednak o powrocie, opowiem o śniadanio-obiedzie.
Niedaleko przed wejściem do szkoły stała uliczna knajpa serwująca standardowe posiłki z ryżem. Szybko okazało się, że nikt nie mówi po angielsku, więc sprawdzonym sposobem pokazałem palcem, że chcę to samo co pan naprzeciwko. Palem na talerz pana, palcem na mnie i gest jedzenia rękoma. Niestety nikt nic nie zrozumiał (może myśleli, że chcę mu wszystko zjeść?). Spróbowałem więc jeszcze raz, i jeszcze, i jeszcze, ale nic to nie dało.. I nagle uczennica, która nie wiadomo skąd się wzięła podaje mi komórkę. Pytam więc po co, ona nic, tylko wciska mi telefon. Wziąłem, dostawiłem do ucha i mówię "halo".
- Halo. Co chcesz zjeść?
- Słucham?
- Co chcesz zjeść?
- To samo, co pan naprzeciwko.
- Nie rozumiem.
- Przede mną siedzi jakiś pan i je jakieś danie. Chcę to samo, żeby nie robić nikomu kłopotu.
- Co więc chcesz?
- To samo co on.
- Nie rozumiem... Chcesz ryż?
- Chcę.
- Chcesz kurczak?
- Chcę.
- Może być smażony?
- Może być.
- Z sosem?
- Z sosem.
Po chwili dostałem wedle telefonicznego zamówienia ryż ze smażonym kurczakiem i sos :) Cena: 15 B (1 zł).
Wracając do podróży powrotnej. Doszedłem na przystanek. Niestety nie miałem zielonego pojęcia, czy mam łapać bus w prawo czy w lewo. Spytałem więc ucznia. Ten, że trzeba przejść na drugą stronę. Mając dobre doświadczenia z uczniami, posłuchałem i złapałem bus 39 wedle zaleceń. Niestety okazało się, że to zły bus. Musiałem więc wysiąść chociaż zapłaciłem już za bilet. Wróciłem na przystanek, gdzie dowiedziałem się, że jestem po złej stronie drogi. Przeszedłem więc na drugą - na tą, która była wcześniej zła. Tam powiedziano mi, że do Banglamphu (moja dzielnica) jedzie bus 59. Złapałem więc 59, w którym powiedziano mi, że to zły bus, że ma być 503. Wysiadłem więc i złapałem 503, w którym powiedziano mi, że to zły bus, że ma być 39. Wysiadłem więc, złapałem 39 i nie mówiąc już gdzie chcę jechać dojechałem do zajezdni. Tam jeden z kierowców kazał złapać 34 do Kho San Road. Kolejny kierowca zapisane na kartce 34 przekreślił i kazał łapać 39, 59 lub 29. Miałem iść prosto, w lewo i na pierwszym przystanku złapać jeden z trzech wymienionych busów. Tak więc zrobiłem. Złapałem 503, które akurat przyjechało pierwsze. Zajechałem do... szkoły w której byłem półtorej godziny temu! Wysiadłem. Wziąłem znów 39 i przyjechałem z powrotem do zajezdni. Tym razem nie pytając się nikogo o nic, poszedłem prosto i w prawo - czyli w kierunku zupełnie przeciwnym do zalecanego. Wsiadłem do 59 i zajechałem do Victory Monument - miejsca, które przynajmniej znam. Przy Victory Monument koniec kursu. Zaczęło się znów poszukiwanie prawidłowego busu. Muszę dodać, że nigdzie w Bangkoku nie ma map autobusowych, ani nawet rozkładu, więc ktoś, kto nie zna miasta jest naprawdę zagubiony. W końcu chodząc od busu do busu, dowiedziałem się, że mam złapać 39. Dziwne, bo tym samym numerem przyjechałem do Victory Monument :/ Zrobiłem jednak jak mi polecono. Przeszedłem na drugą stronę ronda, gdy zobaczyłem, że 39 zatrzymuje się po stronie ronda z którego właśnie mnie odesłano. Wróciłem więc szybko i wskoczyłem do odjeżdżającego 39 w którym po kilku minutach dowiedziałem się od pani konduktor, że 39 istotnie jedzenie do Sanam Luang (miejsce niedaleko mojego hotelu), ale po drugiej stronie jezdni. Nie wypadało więc zrobić niczego innego, jak wysiąść z 39, przejść na drugą stronę i złapać kolejne 39 w kierunku odwrotnym, co też uczyniłem. W kolejnym 39 dowiedziałem się jednak, że jest kurs zjazdowy i żebym wysiadł i złapał lepiej 59 w tym samym kierunku. Oczywiście postąpiłem według zaleceń i w końcu - W KOŃCU - dojechałem do Sanam Luang z którego miałem już tylko 5 minut piechotą do hotelu. Uffff...
A wszystkim podróżującym busami po Bangkoku życzę niniejszym cierpliwości, cierpliwości, i jeszcze raz cierpliwości.
|
2010-03-07 Znów w Bangkoku
Do Bangkoku zajechalismy o 4:30 w nocy. Cala podroz z Surin Beach do Kho San Road w Bangkoku zaliczylismy szescioma (!) srodkami transportu, bo tak: najpierw lokalny bus z Surin Beach do hotelu "On On" w miescie Phuket, skad mielismy wykupione bilety az do samego Bangkoku. Z "On On" w miescie Phuket zabral nas minivan do zbiorczego miejsca w miescie Phuket (cale 5 minut jazdy) z skad przez okolo 4.5 godziny jechalismy do jakiejs wioski gdzies pod Surat Thani. Tam, prawie godzina postoju, i kurs tuk-tukiem do kolejnego miejsca w tej samej wiosce (cale 2 minuty jazdy). Wszystko naturalnie w ramach wykupionego biletu. Po ponad godzinie podjechal klimatyzowany dwupietrowy VIP Bus, ktorym zajechalismy juz w okolice ulicy Kho San w Bangkoku. Niestety przez to, ze godzina byla absolutnie nieporanna (co nie przeszkadzalo lokalnym skate'om skakac na deskach) wszystkie hotele byly pozamykane. Przemeczylismy sie jakos do szóstej na chodniku. Pozniej godzina zabijania czasu w kafejce internetowej, a nastepnie dlugi godzinny obiad i nieoczekiwane spotkaniem z Rickem - kolega Australijczykiem, który tez z nami byl na kursie TEFL (Bangkok to jednak male miasto).
Udalo nam sie zalapac na dwuosobowy pokoj w dobrze mi znanym "Peachy Guest House" do ktorego 9 tygodni temu zaprowadzila mnie Dana (pozdrawiam!). Dniowka: 160 B, czyli 80 B za osob?. Dla porównania dodam, ze najtanszy posilek to koszt 30-40 B, czyli okolo 3 PLN.
Na dzisiaj, oprocz odbytych juz prysznicu i drzemki, mam w planach wizyta na niedalekim bazarze na Sanam Luang w celu zakupu klapek i butow, oraz godzinny masaz ziolowy przy Amulet Market za jedyne 100 B. Notabene, smieszne jest, ze godzinny masaz bedzie kosztowal drozej niz dniowka w hotelu :) A dodac trzeba, ze zarówno hotel jak i masaz sa naprawde tanie :)
|
2010-03-05 Koniec kursu
Dzisiaj jest ostatni dzień kursu TEFL. Egzamin końcowy z Gramatyki zdałem z wynikiem 89% (połówkowy zaliczyłem na 93%), natomiast Konspekt zdałem z wynikiem 100% (połówkowy na 80%). Otrzymałem certyfikat oraz list referencyjny i jestem już w pełni wykwalifikowanym nauczycielem TEFL, co oznacza, że mogę uczyć angielskiego na całym świecie.
Jutro wraz z Włochem Andreą, z którym przez cały miesiąc kursu dzieliłem balkon, korytarz, oraz lodówkę w korytarzu, jadę do Bangkoku. Wyjazd jest o godzinie 13:30 z miasta Phuket. Przez 4 godziny będziemy jechać minivanem do Surat Thani, gdzie przesiądziemy się na klimatyzowany VIP Bus. W Bangkoku będziemy w niedzielę około godziny 4-5 rano. We wtorek mam rozmowę kwalifikacyjną w małym mieście Pathumthani, 30 km na północ od Bangkoku. Przedwczoraj natomiast miałem telefoniczną rozmowę kwalifikacyjną ze szkołą średnią w Phetchaburi (2 godziny na południowy-zachód od Bangkoku). Oprócz tego w planach jest jeszcze rozmowa kwalifikacyjna ze szkołą w Rayong (południowo-wschodnia Tajlandia) i Bangkoku. Jeśli wszystko więc pójdzie dobrze, powinienem od nowego roku szkolnego, który zaczyna się w maju, mieć już pracę.
A w ostatni dzień praktyki w szkole, zafundowaliśmy dzieciom mecz piłki nożnej klasa na klasę. Niestety, my jako pięciolatki, zostaliśmy pokonani przez klasę sześciolatków 3:0. Mimo wszystko, wszystkie "nasze" dzieci dostały od nas batony za dobrę grę. Oczywiście była też masa pamiątkowych zdjęć i zwykłej zabawy, bez jakiejkolwiek nauki. Dzieci miło zaskoczyły nas znajomością najróżniejszych słów, jakie nauczyciliśmy je przez cały okres praktyki. Najlepsze było to, że wypowiadały je do siebie nawzajem bez jakiegokolwiek naszego nakazu i nadzoru. Można więc powiedzieć, że wykonaliśmy kawał dobrej roboty i mamy mały wkład w edukację "naszych" dzieci. Na koniec przybliśmy wszyscy piątki, a ja popodrzucałem co lżejsze dzieci do góry, co wszystkim bardzo się podobało :)
|
2010-03-02 Trochę prasy
Zapraszam wszystkich nieuświadomionych do zapoznania się z trzema artykułami mojego autorstwa, opublikowanymi już jakiś czas temu na portalu mandragon.pl:
Do zobaczenia jest także galeria zdjęć z parady gejów, lesbijek i transseksualistów, która odbyła się na wyspie Phuket w ubiegłą sobotę w ramach IX Międzynarodowego Festiwalu Gejów. Zdjęcia można obejrzeć na stronie www.konradknapik.com.
|
2010-03-01 Trzeci tydzień kursu
Trzeci, a zarazem przedostatni, tydzień kursu stał pod znakiem praktyki nauczycielskiej. Zamiast dotychczasowych hospitacji, to my stanęliśmy na miejscu nauczyciela. Rezultatem codziennej dwugodzinnej praktyki jest lista słów, jaką "naszym" pięciolatkom udało się opanować. Znają w tej chwili:
- 9 kolorów (czerwony, zielony, żółty, różowy, fioletowy, biały, czarny, pomarańczowy, niebieski)
- środki transportu (łódź, samolot, samochód, motor, rower)
- 8 zwierząt występujących w ich rodzinnym kraju (pies, kot, kura, małpa, słoń, wąż, tygrys, królik)
- kilka czasowników (siadać, wstać, biec, spacerować, skakać, podaj, weź)
Każdy dzień pracy zaczynamy przywitaniem się i rozstawieniem stołów. Następnie powtarzamy opanowane do tej pory wyrazy, po czym gładko przechodzimy do wyrazów dnia obecnego. Po kilkunastokrotnym powtórzeniu nowych słów zaczyna się kolorowanie obrazków, oraz pisanie nowych wyrazów w alfabecie tajskim i "angielskim". Później są gry i zabawy edukacyjne, np. "Podaj paczkę" w której dzieci siedzą w kółku podając sobie przedmiot podczas gdy ja gram na harmonijce. W momencie, gdy muzyka się zatrzymuje dane dziecko musi wybrać przedmiot, zidentyfikować je i powiedzieć głośno "This is a ..." ("To jest ..."). Gramy też w "Slap Game", gdzie dzieci są podzielone na kilka zespołów. Nauczyciel krzyczy "Get the ...", a dzieci stojące na początku zespołu muszą dobiec do właściwego obrazka na ścianie i uderzyć w nie ręką mówiąc "This is a ..." ("To jest ..."). Kolejną popularną w naszej klasie grą jest "Gymnastic" ("Gimnastyka"). Każde dziecko ma na ręcę papierową bransoletkę przedstawiającą jakiś obrazek, np. psa. Nauczyciel krzyczy "Dog! Stand up!", a dzieci z psem na ręcę muszą wstać i wykonać czynność wskazaną przez nauczyciela, np. "jump" ("skacz"), lub zademonstrować coś, np. "Do a boat!" ("Zrób łódź!"). Po zabawach jeszcze raz powtarzamy wszystkie nowe wyrazy dnia codziennego dla upewnienia się, że wszyscy wszystko opanowali.
|
2010-02-24 Tajskie pojmowanie czasu
Jak udało mi się dowiedzieć podczas lekcji z "Języka i kultury Tajlandii" w ramach kursu TEFL, mieszkańcy Tajlandii mają bardzo ciekawy sposób określania czasu. Sposób, o którym nigdy nie słyszałem, ani nigdy sam na coś takiego bym nie wpadł. Zamiast jednak się rozpisywać przejdę do konkretów.
Zaczynając od początku. Godziny od 1-szej do 4-tej w nocy działają dokładnie tak jak w Polsce lub gdziekolwiek w Europie, a być może i na świecie. Następnie jest godzina 5-ta i 6-sta rano. Później godziny od 7-mej dopołudnia do 11-stej dopołudnia. Po nich następuje godzina 12-nasta. Na razie więc wszystko normalnie i "po naszemu". Gdy słońce zaczyna schodzić z zenitu, zaczynają się godziny od 1-szej do 5-tej popołudniu. Następnie znów godzina 6-sta, a po niej - uwaga, uwaga - godzina... 1-sza wieczorem! Następnie 2-ga wieczorem, 3-cia wieczorem, 4-ta wieczorem i 5-ąta wieczorem. Po czym następuje godzina 12 w nocy.
Przedstawiając sprawę bardziej obrazowo:
NOC/RANO/DOPOŁUDNIE --> (Europa) 1:00 - 11:59 -----> (Tajlandia) 1:00 - 11:59
POŁUDNIE -------------------> (Europa) 12:00 - 12:59 ----> (Tajlandia) 12:00 - 12:59
POPOŁUDNIE ----------------> (Europa) 13:00 - 18:59 ---> (Tajlandia) 1:00 - 6:59
WIECZÓR --------------------> (Europa) 19:00 - 23:59 ---> (Tajlandia) 1:00 - 5:59
NOC --------------------------> (Europa) 00:00 - 00:59 ---> (Tajlandia) 12:00 - 12:59
Prawda, że proste? :)
|
2010-02-22 Drugi tydzień kursu
Drugi tydzień, a zarazem połowa kursu TEFL jest już za mną. Tydzień ten stał głównie pod znakiem hospitacji w szkole. Mnie w udziale przypadło przedszkole i grupa pięciolatków. Ja i dzieci, bardzo szybko przypadliśmy sobie do gustu. Codziennie próbujemy nawiązać ze sobą większy lub mniejszy kontakt, co jest szalenie utrudnione poprzez barierę językowa. Dzieci znają zaledwie kilka słów po angielsku, a ja jeszcze mniej w języku tajskim. Nasza rozmowa sprowadza się więc głównie do pokazywania rzeczy palcami i wypowiadania pojedynczych słów. W taki właśnie sposób udało mi się ich nauczyć słowa „plane” („samolot”), „flower” („kwiatek”), „house” („dom”), boat („łódka”), oraz kilka kolorów o których miały już pewne mgliste pojęcie. Momentem, który najbardziej mnie rozbroił był moment w którym jedna z dziewczynek, której nadałem przydomek „sweet sunshine”, napisała na kartce papieru moje imię w alfabecie angielskim i tajskim. Literki skopiowała z kartki papieru na której ja sam się podpisałem.
W szkole przebywamy codziennie pomiędzy 9:30 i 11:30. Jednopiętrowy budynek szkolny mieści się na uboczu Kamali, małej nadmorskiej miejscowości. Najwięcej miejsca zajmuje zielone boisko dookoła którego stoi podłużny budynek z około dziesięcioma klasami. Każda klasa wyposażona jest naprawdę dobrze – telewizor, dvd, masę książek dla dzieci, zabawek, na ścianach wiszą pomoce naukowe oraz prace dzieci. Jest kolorowo i sympatycznie. Wszystkie nauczycielki włącznie z panią dyrektor to kobiety, w większości muzułmanki – tak samo zresztą jak dzieci. W każdej z klas wisi flaga Tajlandii, żółta flaga z herbem, oraz zdjęcie króla. Zawsze gdy przyjeżdżamy (do szkoły jeżdżę skuterem) dzieci zaczynają rysować, kolorować i pisać. Mają po 5 lat, ale już umieją się podpisać, oraz skopiować angielskie i tajskie słowa z tablicy na papier. Rysowanie zawsze zajmuje przynajmniej godzinę, po czym aż do 11:30 dzieci mają czas wolny, który wykorzystują w trojaki sposób: lepią plastinę próbując zapamiętać wypowiadane przez nas wyrazy opisujące plastelinowe obiekty (w ten sposób nauczyłem ich słowów „samolot” i „kwiatek”), rysują/piszą na papierze wszystko to, co my narysujemy/napiszemy, lub przynoszą nam jedną z wielu książek oczekując, że nauczymy ich jakiś nowych wyrazów z książki.
Najtrudniejszy momentem był w środę, gdy wróciliśmy z gimnastyki (gimnastyka jest tylko w środę) i pani nauczycielka zostawiła nas samych z dziećmi, które włączyły się na tryb brykania. Biegały, krzyczały, szarpały się za uszy, dusiły się nawzajem, rzucały zabawkami i robiły tysiąc innych rzeczy. Niestety nie udało nam się zapanować na tłumem. W czwartek doszliśmy do wniosku, że musimy poznać imiona dzieci. Sporządziliśmy listę, a dzieci przedstawiały się jedno po drugi. Gdy w piątek znów zostaliśmy sami z rozbrykanymi dziećmi, zaczeliśmy wywoływać ich po imieniu każąc usiąść na podłodze. Tym razem się udało zapanować na tłumem – wszystkie dzieci w krótkim czasie siedziały spokojnie w kupie. Oto, jak pomaga znajomość imion. A oto kilka imion: Salinah, San Ni, Horfal, Nong Shup, Nong Yi, Yip, Ko Salim.
Piątek zakończył się testem z gramatyki i metodologii, który okazał się łatwiejszy niż wszyscy przypuszczali. W sobotę wieczorem natomiast urządziliśmy sobie ognisko na odludnej plaży w Bong Tao. Była gra na gitarze, była harmonijka (to ja), krótki wykład na temat gwiazd (mamy na kursie byłego pracownika NASA) i oczywiście tajskie marki piw: Chang, Singha, Leo.
|
2010-02-15 Pierwszy tydzień kursu
Skończył się pierwszy tydzień kursu TEFL i rozpoczął się kolejny. Zanim jednak się jeszcze zaczął wszyscy kursanci trafili do wybranych przez siebie lokalizacji. Do wyboru były dwie opcje: przy plaży i niedaleko szkoły. Ja, wraz z czterema innymi osobami, wybrałem opcję drugą, ponieważ kurs i nauka są dla mnie znacznie ważniejsze aniżeli plaża i zabawa. Mieszkam w dwupiętrowym budynku na piętrze. Dzielę hol i duży przestronny balkon z prawie czterdziestoletnim Włochem, Andreą, który swego czasu pracował w Mozambiku przy osobach zarażonych wirusem HIV. Na parterze jest para Brytyjczyków - Vernon i Jenny - którzy poznali się mieszkając w Republice Zielonego Przylądka (mały archipelag wysp położonych niedaleko Senegalu). Jest też z nami dziewczyna z Singapuru - Narj - mająca południowoindyjskie korzenie. Wszyscy razem szybko zaprzyjaźniliśmy się i stanowimy naprawdę zgraną grupę przyjaciół.
W pierwszym tygodniu kursu mieliśmy zajęcia od 8 rano do 13 popołudniu. Pierwsza godzina to zajęcia z języka i kultury Tajskiej z Tajskim nauczycielem Boydem (Boyd to jego angielska ksywa). Od 9 aż do 13 mamy zajęcia z emerytowanym nauczycielem, Jimem, który spędził przeszło 15 lat ucząc na jednym z uniwersytetów w Korei Południowej. Z Jimem mamy zajęcia z gramatyki języka angielskiego oraz metodologii nauczania tegoż języka. W czasie zajęć mamy najczęściej dwie prezentacje na której w parach uczymy resztę grupy zawiłości języka angielskiego. Muszę przyznać, że te codzienne wystąpienia przed ponad dziesięcioosobową grupą, oraz krótki czas na przygotowanie się do wystąpienia, są naprawdę pomocne. Pierwszego dnia miałem lekkiego stresa stojąc na środku przy tablicy, jednak każdy następny dzień przynosił coraz więcej komfortu, aż w końcu w piątek byłem naprawdę zadowolony ze wszystkiego co wykonałem, a mianowicie pomysłu na wytłumaczenie prepositions (część gramatyczna), sposobu w jaki to zrobiłem, oraz interakcji jaką nawiązałem ze swoimi "uczniami". Każdy z nas naprawdę czuję, że uczy się tutaj czegoś nowego każdego dnia.
A od dzisiaj zaczęliśmy codzienne dwugodzinne hospitacje w prawdziwej tajskiej szkole, w której mamy za zadanie obserwować proces nauczania. To jednak jest już temat na kolejny wpis za kilka dni :)
|
2010-02-06 Wydarzenia dnia dzisiejszego
Dzisiaj mialy miejsce dwa wydarzenia, ktore absolutnie musze ujac na moim Blogu. Nam, jako Polakom lub Europejczykom, nie mieszcza sie one glowie. Kojarza sie bardziej z filmem, lub ciekawa ksiazka, ale nie z normalnym codziennym zyciem. W kolejnosci chronologicznej przedstawiam je ponizej.
- Wprowadzilem sie do nowego mieszkania, w ktorym bede rezydowac przez najblizszy miesiac w ramach kursu TEFL. Nie byloby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, ze mam widok na dzungle, a w sasiedztwie po drzewach skacza sobie malpy :)
- Wynajalem skuter na miesiac. Podczas jazdy po zachodnich plazach, na droge szybkiego ruchu wtargnal zupelnie spokojnie... slon! Przeszedl sobie z prawej na lewa i poszedl dalej nic sobie nie robiac z ruchu drogowego, ktory na kilkanascie sekund zatrzymal. Przy okazji mowiac, w niektorych miejscach na wsypie mozna zobaczyc zolte znaki drogowe ostrzegajace o przechodzacych sloniach :)
|
2010-02-05 Nie masz skutera - nie istniejesz
Phuket na którym już jestem od kilku dni, i na którym spędzę przynajmniej najbliższy miesiąc życia, to największa wyspa w Tajlandii. Jej powierzchnia wynosi 542 km kwadratowe, a zamieszkuje ją 287 tysięcy mieszkańców. Gdyby jednak doliczyć do tego turystów oraz białych "osadników" z różnym stażem liczba ta wzrosłaby pewnie do pół miliona osób. Na tak ogromnej wyspie, na której naprawdę nie ma uczucia bycia na wyspie, transport publiczny jest tragiczny. Po całym Phukecie jeżdżą straszliwie powolne autobusy, które przypominają połączenie mini-ciężarówki z rikszą, tzn. na pace samochodu zainstalowany jest dach, a pod dachem zamontowane są dwie długie równoległe ławki. Przejazd takim oto busem to koszt od 20 do 30 bhatów w zależności od długości trasy, co porównując przykładowo z cenami normalnych busów w Bangkoku (6-7 bhatów bez względu na odgległość) jest ceną raczej wysoką.
Po wyspie jeżdżą także taksówki i małe mini-busy, które są wierną mini-kopią tutejszych busów. Oba środki transportu żądają za przejazd od 200 bhatów wzwyż. Nie inaczej się do tego mają moto-taksówki, czyli motory, które mogą przewieźć nas z punktu A do punktu B. Tutaj ceny wahają się także od 200 bhatów, a kończą aż nawet na 600 B, co jest ceną już zupełnie astronomiczną za np. 20 minutową jazdę. Tak, dla wiadomości coniektórych czytelników dodam, że 600 B to ponad 50 zł...
W tak niedorzecznie zorganizowanym mieście, a raczej wyspie, nie pozostaje nic innego, jak wypożyczyć skuter, który dostaniemy już za 100 B za dzień, a są i promocje przy wypożyczeniu długoterminowym, np. miesiąc za 2000 bhatów. Patrząc na ulice, ilość jeżdżących skuterów śmiało dorównuje ilości mieszkańców. Cena litra benzyny to natomiast około 38 bhatów.
Ja dzisiaj po bezskutecznym półtora godzinnym czekaniu na bus, wziąłem pierwszy i ostatni raz moto-taxi z Rawai (południe wyspy) do miasta Phuket (miasto Phuket to stolica wyspy Phuket) - około 20 km. Po targach i uświadomieniu pana szanownego kierowcy, że za hotel płacę 180 B za dzień, i że w takim układzie opłata na poziomie 300 B to 2 dni mojego życia, zapłaciłem w końcu 150 B, co także było ceną dalece wygrówaną, zważywszy na to, że pan szanowny kierowca nie spalił na mnie nawet litra benzyny. Tym samym postanowiłem, że jak tylko usadowię się w nowym mieszkaniu, co ma nastąpić w sobotę, wypożyczam motor na cały jeden miesiąc. O! Na pochybel nieuczuciwym taksiarzom!
|
2010-02-05 Spotkania polsko-czeskie
W ciagu ostatnich kilku dni spotkalem az cztery osoby z Czech. Cala czworka to mezczyzni w wieku 40-50 lat. Kazdy z nich podrozuje samotnie, i kazdy z nich ma naprawde slaby angielski. Wszyscy jednak sobie jakos radza podrozujac po poludniowo-wschodniej Azji pomimo, ze z grubsza ilosc znanych im slow w jezyku angielskim nie przekracza liczby 100 (a na pewno 200). Dziwie sie temu, oraz dziwie sie ich odwadze podrozowania z tak limitowana znajomoscia angielskiego. Przyznac jednak trzeba, ze wszyscy mowia swietnie po rosyjsku, dzieki czemu szukaja glownie innych turystow z Rosji, lub Polakow takich jak ja.
Pierwszy napotkany przeze mnie Czech, siedzial ze mna w busie z Bangkoku do Krabi. Gdy tylko dowiedzial sie, ze jestem z Polski natychmiast przestal lamac sobie jezyk na angielskich slowach i zaczal zwyczajnie rozmawiac ze mna po czesku. Troszke ku mojemu zdziwieniu dogadywalismy sie swietnie. Ja po polsku, on po czesku. Rozmawialismy nawet na tak ambitne tematy, jak globalizacja!
Pozostalych trzech Czechow spotkalem wczoraj w moim hotelu w Phukecie. Panowie, chociaz wcale nie znali sie wczesniej, znalezli sie jakos ze soba. A ja do rozmowy wlaczylem sie poprzez... Bengalczyka, ktory z nimi siedzial. Gdy siedzac przy stoliku obok, katem ucha uslyszalem "I am from Bangladesh" ("Jestem z Bangladeszu") natychmiast sie odwrocilem i pytam "Apni ki bangla bolte paren?" ("Mowisz po bengalsku?"). Chlopak zrobil wielkie oczy, otworzyl szeroko usta ze zdziwienia i dopiero po kilku sekundach odpowiedzial "Ami bangla bolchi" ("Mowie po bengalsku"), na co ja oczywiscie "Ami o bangla jani" ("Ja tez znam bengalski"). Szybko sie dosiadlem do stolika i zaczela sie dlugo rozmowa angielsko-bengalsko-polsko-czeska zalana kilkoma piwami i - tylko na sprobowanie - malym lykiem dobrzej znanej Sliwowicy. Jak zaczelismy okolo 20-stej, tak skonczylismy kilka minut po polnocy. A gdy okolo 10-tej wieczorem Bengalczyk udal sie spac, rozmowa coraz czesciej schodzila na jezyk czesko-polski, bo jak juz wspomnialem, spotkani przeze mnie Czesci slabo znali angielski. Jedynie jeden z nich, bardzo na sile, staral sie mowic ze mna tylko i wylacznie po angielsku, aby usprawnic chociaz troche swoja znajomosc tegoz jezyka.
|
2010-02-04 Trzy dni w Krabi
Od poniedziałku do środy byłem w prowincji Krabi, jednego z najpiękniejszych bez wątpienia miejsc w Tajlandii. Piaszczyste plaże, monumentalne góry, dżungla i zalesione góry-skały wyrastające w morzu. Coś wspaniałego.
Do Khlong Mueng w którym mieszkałem zajechałem po około 20-sto godzinnej podróży, która niestety obfitowała w zmiany transportu. Wszystko zaczęło się w Bangkoku (cena biletu = 320 Bhatów) tak zwanym VIP bus, a więc bus z toaletą, telewizorem, kocykiem i wygodnymi siedzeniami z odpowiednią ilością miejsca na nogi. Pół busu okupowała zorganizowana grupa Rosjan, a drugie pół reszta cudzoziemców. Rosjanie na swoje szczęście (a reszty nieszczęście) dostali najlepsze miejsca w przodzie dwupiętrowego autobusu. O godzinie szóstej rano pobudka. Wszyscy - za wyjątkiem Rosjan - wysiadka z busu. Na ziemi leżały już nasze powykładane plecaki. Kolejny transport za godzinę. Siedzieliśmy w jakieś przydrożnej knajpie, aż przyjechał pierwszy wóz po ludzi jadących do Phuketu, a później minivan po resztę, czyli Krabi (ja), Ko Lanta i Ko Phi Phi. Tym razem 3 godziny jazdy przez autostradę otoczoną dookoła dżunglą i górami. Widoki absolutnie niesamowite. Pełne trzy godziny przesiedziałem z nosem w szybie. Dojechaliśmy prawie do Krabi (niestety nie wiem gdzie dokładnie), gdy znów wysiadka, i znów czekanie każdy na swoje. Po dopiero 2 godzinach, gdy wszyscy już odjechali stawił się ostatni tuk-tuk po ludzi do Krabi, a więc tylko i wyłącznie po mnie. Dodać muszę, że podczas czekania zaoferowano mi bungalow przy plaży w ustronnym Khlong Mueng, niedaleko Ao Nang w prowincji Krabi. Cena dogodna, więc się zgodziłem. Po ponad pół godziny byłem na miejscu. Cena własnego bungalow z łazienką na zewnątrz, 300 bhatów. Mniej niż w Pattaya (400 B), więc zaakceptowałem. Pierwszy dzień to oczywiście odpoczynek po podróży, a później zdjęcia zachodu słońca w trakcie którego niefortunnie uderzyłem środkowym palcem prawej stopy w wystający na plaży kamień. Niby nic początkowo, ale gdy wróciłem palec był cały fioletowy, a górna kość tak straszliwie obolała, że zacząłem nawet myśleć o złamaniu. Tylko tak, co tu zrobić, jak się mieszka w bungalow pośrodku dżungli nad morzem? Uratowała mnie wata, która nabyłem podczas wypadku motorowego w Pattaya. Obłożyłem palec profesjonalnie (doświadczenie z czterech przebytych złamań robi swoje), i przynajmniej mogłem już jakoś chodzić, czy raczej kuleć.
Dnia następnego nie zważając na ból palca, ja-bohater, wynająłem skuter na cały dzień. A co! Wyjeździłem się, że ho-ho! A miejscem, które szczególnie sobie upodobałem było Ao Nang z jeszcze lepszymi wyspo-górami wystającymi z morza. Oczywiście zachaczyłem też o aptekę, gdzie za 130 bhatów (ponad 10 zł!!) kupiłem specjalny wąski bandaż do owinięcia mojego biednego palca.
Kolejnego dnia, gdy usztywniony palec miał już się lepiej, o godzinie 5 rano wybrałem się skuterem jeszcze raz do Ao Nang na wschód słońca. Efekty można oglądać w Galerii oraz na www.konradknapik.com, gdzie są fotki w znacznie lepszej jakości i tylko wyselekcjonowane. Po powrocie ze wschodu, krótkiej drzemce i śniadaniu zabrałem się do Phuket, ale to już temat na kolejny wpis blogowy :)
|
2010-02-02 Domy duchów
Chyba w każdym zakątku Tajlandii można znaleźć małe domki przypominające świątynie, które stoją na jednej przysłowiowej "kurzej łapce" przy wejściu na posesje. Ich znaczenia dowiedziałem się jeszcze przed wyjazdem z Polskim, a tutaj jedynie potwierdziłem tezę. Te domki ustawiane są dla duchów.
Tajowie, jako poprawni Buddyści, wierzą w duchy. Wierzą, że w każdym domostwie może zamieszkać duch. Z tego właśnie powodu stawiają dla nich specjalne domki, a duchy takie zamiast zakłócać życie rodzinne, mają własny kąt w którym mogą czuć się w miarę komfortowo.
Ja jako osoba słysząca i wyczuwająca duchy (jakoś nigdy nie było okazji wspomnieć o tym na Blogu) solidaryzuję się z tajską kulturą dotyczącą świata zmarłych. Niewykluczone nawet, że gdy będę kiedyś wypożyczał tutaj mieszkanie sam zadbam o dom dla duchów. Mieszkając w Indiach (oraz w Danii) zawsze miałem ze sobą natomiast plakat lub posąg Ganesha, którego jedną z cech jest pilnowanie wejścia. Plakat przedstawiający Ganesha mam zresztą ze sobą i teraz, w Tajlandii. Czeka jedynie na znalezienie przeze mnie ostatecznego lokum.
Tajski dom duchów możecie obejrzeć tutaj.
|
2010-01-30 Wodny market w Damnoen Saduak
Dzisiaj wybralem sie na wodny market w Damnoen Saduak, oddalonym o 110 km od Bangkoku. Z angielskiego znany jako Floating Market, to gmatwanina dluzszych i krotszych, szerszych i wezszych kanalow wodnych po ktorych wszyscy, zarowno sprzedajacy jak i kupujacy, poruszaja sie lodkami. Dotarcie wiec do wybranego przez siebie sklepu jest kwestia dowioslowania do niego, tudziez doczekania sie na to, jak sklep dowiosluje do nas. Niestety jako, ze wszystko jest tu ruchome, niektore zakupy moze byc ciezko dokonac, zwlaszcza, ze zdarzaja sie korki na rzece spowodowane zbyt duza iloscia lodek. A korki zdarzaja sie czesto. Wtedy najpierw nikt sie nie rusza majac nadzieje, ze jakos odkorkuje sie to wszystko samo, az w koncu ludzie zaczynaja powoli przepychac swoje lodki i ruch znow wraca do normalnosci.
Na wodnym markecie mozna kupic przede wszystkim warzywa, owoce, zamowic obiad lub kupic jeden z wielu rodzajow kapeluszy. Co do obiadu to ciekawa rzecza jest, ze na brzegu stoja restauracje z ktorych zadna nie ma opcji gotowania, a jedynie serwowania dan. Klientowi podaja menu, nastepnie zamawiaja potrawe z przeplywajacej, lub kotwiczacej, lodki-kuchni i przynosza ja klientowi siedzacemu za stolem przy brzegu.
Wokol kanalow rzecznych jest wiele malych mostow, aby ludzie preferujacy ziemie anizeli wode, mogli w spokojny i bezpieczny sposob przedostac sie z jednego brzegu na drugi. Zdarzaja sie takze sklepy przybrzezne z ktorych mozna cokolwiek kupic tylko siedzac na lodce, poniewaz od pozostalych trzech czesci swiata sklep taki jest zwyczajnie odgrodzony.
Dla tych, ktorzy chcieliby sie wybrac na market wodny, podaje informacje, ze wycieczka, jaka mozna wykupic w wielu miejscach na - i w okolicach - Kho San Road kosztuje okolo 230 bhatow za pol dnia. O godzinie 7 rano odbiera nas minivan zabierajac na przystan z ktorej lodzia motorowa plyniemy juz do celu podrozy. Wycieczka konczy sie okolo 14 w Bangkoku.
|
2010-01-29 Niesamowite!
Dzisiaj wrocilem do Bangkoku, aby jutro zalapac sie na market na rzece, oraz zaczac powoli przesuwac sie na poludnie w strone Phuke. Po znalezieniu hotelu i krotkim prysznicu, poszedlem do hotelu w ktorym spedzilem swoja pierwsza noc w Tajlandii, poniewaz tam najprawdopodobniej zostawilem nieopacznie okulary, ktorych uzywam do komputera oraz pomieszczen zamknietych. Szczerze mowiac, bylem na 99,99% pewny, ze okularow na pewno juz tam nie ma i ze nikt o nich nic nie wie, tym bardziej, ze nie bylem nawet pewien czy to rzeczywiscie tam je zgubilem. Wszedlem wiec do recepcji i po grzecznym "Sawadiikrap" (tajskie "dzien dobry") tlumacze w czym rzecz. Pani odpowiada, ze nic nie wie na temat znalezionych okularow, ale spyta ekipe sprzatajaca. Wczesniej oczywiscie opisalem jej dokladnie okulary, aby wiedziala czego w zasadzie poszukujemy. Ku mojemu przeogromnemu zdziwieniu, po minucie czekania pani z recepcji wrocila z moim plastikowym futeralem w ktorym byly oczywiscie moje okulary! Nie wiem, czy bylem bardziej zdziwiony, czy bardziej zadowolony. Oczywiscie podziekowalem ladnie tajskim "koon-kun-krap" skladajac rece do siebie na wysokosci szyi i klaniajac sie ladnie.
Musze dodac, ze to juz drugi raz, gdy czegos zapomnialem w Tajlandii. Wczesniej w kafejce internetowej w Pattaya zostawilem pendrive'a wlozonego w zlacze USB. Gdy wrocilem do kafejki po 2 godzinach, pan oczywiscie bez slowa oddal mi zgube.
Tajowie, jak widac, to niezwykle uczciwy narod.
|
2010-01-28 Kilka dni w Ayutthaya
Od poniedzialku siedze w Ayutthaya, niegdysiejszej potedze Krolestwa Tajlandii, ktora przez ponad 400 lat byla stolica. Niezwyciezona, zostala podbita dopiero w 1757 roku przez armie Birmanska. Wtedy tez rozpoczal sie upadek twierdzy i powolny proces przeistaczania sie w prowincjonalne miasteczko, ktore zostalo doszczetnie spladrowane przez Birmanskich sasiadow.
Nie ma tu wiele do ogladania, bo na sile mozna obskoczyc wszystko w zaledwie 1 dzien. Miasto jest jednak tanie i spokojne, i glownie dlatego zatrzymalem sie tu na dluzej. Dopiero jutro jade na 48 godzin do Bangkoku, aby w sobote zaliczyc market na rzece. W niedziele natomiast uderzam na poludnie, aby w okolicach 2-3 lutego dotrzec juz na Phuket. Stop bede wiec miec w Krabi, przepieknym miejscu (gory i morze) polozonym niedaleko Phuketu.
Wracajac jednak do Ayutthaya. Dni mijaja powoli, glownie na jezdzie na rowerze. Za jedyne 30 bahtow (okolo 2,70 zl) wypozyczam rower na caly dzien i jezdze sobie a to tu, a to tam. Dzieki temu przyzwyczailem sie do tajskiego sposobu jazdy, ktore jest dosyc europejski, chociaz posiada pewne znane mi z Indii wariacje. Na tajskich drogach, ktore sa naprawde na najwyzszym poziomie, nie uzywa sie klaksonow, jak ma to miejsce w Indiach. W powszechnym uzyciu sa kierunkowskazy zamiast rak wystawianych przez okno. Oczywiscie nie ma krow, ktore sa tu powszechnie ubijane i jedzone. Jednak, zeby nie bylo, ze jest tak europejsko-normalnie, to dodam, ze dosyc powszechnym zjawiskiem sa motory lub rowery jezdzace pod prad z boku jezdni. Mnie tez zdarzylo sie kilka razy z powodu zwyklej wygody i lenistwa jechac pod prad. Zdarzylo sie takze miec motor jadacy naprzeciwko, zarowno gdy on, jak i ja, jechalismy pod prad. Sam ruch natomiast jest lewostronny, tak samo jak w Indiach.
W nawiazaniu do drog dodam jeszcze, ze takich autostrad jakie sa w Tajlandii, to nie wiem czy dorobimy sie na Euro2012. Jesli sie nie dorobimy, to pewnie dluuugo jeszcze bedziemy czekac. Szerokie, czteropasmowki z kazdej ze stron i male dwupasmowki po obu stronach autostrady dla tych, ktorzy preferuja drogi lokalne. Notabene, autostrady sa platne. Niestety nie wiem ile, ale chyba nie sa to wygorowane kwoty biorac pod uwage ich duza popularnosc i zupelna niepopularnosc darmowych drog lokalnych.
|
2010-01-25 Syrop w proszku i wypadek motocyklowy
Dzisiaj rano opuściłem nadmorską Pattayę i udałem się ku północy w stronę Ayutthaya. Zanim jednak zacznę opowiadać wszystko po kolei, najpierw kilka słów o małym bólu gardła, którego niestety nabawiłem się na lotnisku w Rzymie w czasie mojego, bagatela, ponad czternastogodzinnego postoju do egipskiego Kairu. Rzymskie lotnisko nie grzeszy w zimowe noce ocieplaniem, a włączona klimatyzacja dopełnia nieszczególnie wysokiej temperatury. Tak więc, śpiąc na czterech siedzeniach w długim korytarzu pełnym zakamarków – który notabene przypomina bardziej noclegownię dla ubogich (kilka osób nie podejrzewam o lot gdziekolwiek) – nabawiłem się najpierw kataru, a później gdy katar skończył się wraz z trzydziestostopniowym tajskim powietrzem, dostałem bólu gardła trochę na własną prośbę, bo po zimnym napoju znów w tym nieszczęsnym Rzymie. Ból ten z każdym dniem bardziej doskwierał, aż w końcu w sobotę zdecydowałem się na zakup syropu, bo zwykłe pastylki do ssania niewiele mogły mi pomóc. Tutaj właśnie dosyć mocno się zdziwiłem, bo okazało się, że w aptece którą odwiedziłem jest tylko... syrop w proszku :) Tak, tak, dobrze czytacie. Syrop w proszku. Miła pani magister farmacji otwarła mi butelkę z proszkiem, wlała w nią wodę filtrowaną, a następnie bardzo, ale to bardzo uważnie mieszała, aby przypadkiem na dnie nie został gram proszku. Jakkolwiek by się jednak dziwić, przyznać trzeba, że po sześciu spożyciach i zakończeniu leczenia, ból gardła zniknął jak ręką odjął. Wiwat syropy w proszku! :)
Wypadek motocyklowy natomiast zdarzył się dzisiaj rano, gdy obładowany z tyłu i z przodu plecakami wziąłem motocyklową taksowkę (rzecz bardzo popularna w Pattaya), aby dojechać na przystanek autobusowy. Szczęście miałem w zasadzie mając te plecaki na sobie (zwłaszcza duży i pełen ubrań na plecach), bo wylądowałem dosyć przyjemnie częściowo na plecach właśnie, a częściowo na prawym boku. Ironicznie jednak zraniłem się w lewą stopę. Sam nie wiem nawet dokładnie jak, bo motor upadł mi na prawą nogę. Zrobiła się mała, może 3cm rana na górnej części stopy, a spod dużego paznokcia (który jest w stanie nienaruszonym) wyciekło trochę krwi. A, ucierpiał jeszcze środkowy palec prawej ręki, którego zadrapał pierścień Ganesha. Trudno jednak powiedzieć, czy pierścień zranił palec, czy pierścień palec jednak ochronił od poważniejszego urazu. Tak czy siak, minimalnie nadłamany wylądował w plecaku, bo póki co ciężko mi go zarówno włożyć, jak i zdjąć. Dla wtajemniczonych dodam, że pierścień Shivy jest cały i bez najmniejszego zadrapania. A całe zajście wydarzyło się tuż przed... apteką. Miły pan aptekarz opatrzył mi wszystkie rany, a ja siłą rzeczy zaopatrzyłem się wypadkowy zestaw pierwszej pomocy. Na szczęście jednak ani maść antybakteryjna, ani woda utleniona nie były w proszku :)
A do Ayutthaya dotarłem z przesiadką na stacji Mo Chit w Bangkoku. Ayutthaya oddalona jest od stolicy o około 60km, a podróż busem zajęła około 2.5 godziny – tyle było stopów po drodze. Niektóre z nich nawet po 20 min.
Ciekawostką była też zmiana busu na stacji Mo Chit w Bangkoku. Wysiadłem, wziąłem plecaki, rozejrzałem się i poszedłem standradowo za tłumem. Doszedłem do informacji, aby spytać się, gdzie można kupić bilet i na które stanowisko powinienem się udać. Pani pokazała ręką w prawo na ukos. Przeszedłem trochę prosto – bo tak prowadził chodnik - i pytam jakiegoś pana. Pokazał ręką w lewo na ukos. Ostatecznie trafiłem do... toalety :) Po wyjściu z niej, zacząłem chodzić sam na chybił-trafił. Zaszedłem do budynku, wgramoliłem się na piętro, jak wskazywał kierunkowskaz „Ticket”, aby dowiedzieć się, że bilety do Ayutthaya są tylko na dole, ale można je kupić bezpośrednio w busie – stanowisko 20. Zszedłem więc na dół, odnalazłem stanowisko 20, w którym dowiedziałem się, że bus do Ayutthaya odjeżdża ze stanowiska 100. Poszedłem więc na stanowisko 100, na którym powiedziano mi, że to nie tu, a bilet muszę kupić w kasie. Na szczęście miły pan zaprowadził mnie do kasy. Uff, kupiłem bilet. Pani w okienku podała numer stanowiska – 87, na którym dowiedziałem się oczywiście, że prawdziwy numer stanowiska to 97. Na nim stał w końcu bus do Ayutthaya. Amen.
|
2010-01-24 O indyjskich i rosyjskich turystach słów kilka
Od wczoraj jestem w Pattaya. Nie będę się jednak rozwodzić nad samym miastem, bo za kilka dni na łamach portalu mandragon.pl pojawi się mój artykuł właśnie o Pattaya w którym dosyć dokłanie opisuję to miejsce na Ziemi. Napiszę jednak o dwóch rzeczach, które przykuły ostatnio moją uwagę, a są to indyjscy i rosyjscy turyści. Dwie zupełnie odmienne grupy, ale każda z nich cechuje się absolutną odpornością na inne kultury i nieumiejętnością dopasowania się. Nie, żebym gnębił oryginalność, ale wyjazdy zagraniczne w większości przypadków otwierają oczy na świat, uczą większej tolerancji, a także – a może przede wszystkim – do pewnego stopnia zmieniają człowieka odciskając swoje piętno. Hindusi i Rosjanie wydają się jednak odporni na bodźce wewnętrzne. Nie i koniec, joptwojamać – takie mam wrażenie.
Na pierwszy ogień pójdą Hindusi. Będę tu trochę czepialski, bo opiszę tylko pewną grupę ludzi znad Gangesu, wiedząc dobrze, że jest to mimo wszystko mniejszość. Popularna rodzina indyjska przyjeżdżająca do Tajlandii rzuca się w oczy przede wszystkim wyglądem. W kraju, gdzie w turystycznych miastach odkrywa się więcej niż zakrywa, gdzie kobiety chodzą w krótkich spodniach i spódniczkach, oni twardo są zakryci od dołu do góry. Absolutnym musem jest długa, aż do ziemi salwar kamis. Przeważają w tym kobiety dorosłe w wieku powyżej 40 lat, które życie całe nie nauczone były nosić cokolwiek innego. Wtórują im mężowie w dennych koszulkach polo w – koniecznie – poziome pasy. Na ulicach przypominają wystraszone grupy moherowych beretów, które nagle znalazły się w piekelnym Pattaya, pełnym barów, dyskotek i klubów go-go z kłuso ubranymi pannami. Grupa taka staje najczęściej w każdym pojedynczym miejscu i z rozdziawioną gębą patrzy topornie dookoła, blokując przy tym (a jakże) chodnik. Wczoraj taka kilkuosobowa grupa zablokowała także moją drogę. Jako że Tajlandia – w przeciwieństwie do Indii – jest krajem w którym chodników używa się do chodzenia, musiałem państwo szanowne więc przeprosić grzecznym „Excuse me”. Niestety nienauczony lud niewiele z moich grzecznych przeprosin zrozumiawszy, musiał zostać potraktowany w sposób im rodzimy. A że, stojąc tak kilka sekund bezskutecznie czekając o zrobienie miejsca, podsłuchałem, że władają językiem bengalskim, nie miałem skrupułów wydrzeć się na nich jak tradycja nakazuje. Krzyknąłem więc „Shore jao. Amar jete chai” („Przesunąć się. Chcę przejść”). I tu nagle tłum stanął jak wryty jeszcze szerzej otwierając swe usta. Zbił się w kupę, jak dziecko które dostało burę, wgapiał się we mnie wybałuszonymi oczami. Wciąż nie mogąc jednak przejść, kontynuowałem dalej „Ki holo? Shore jao. Bangla jano na? Ha, ami bideshi, kintu bangla bolchi” („Co się stało? Przesuwać się. Nie znacie bengalskiego? Tak, jestem obcokrajowcem, ale po bengalsku mówić umiem ”). I wtedy, ten jeszcze bardziej zdziwiony tłum rozstąpił się na boki, a ja mogłem spokojnie przejść dalej :)
Odrębność Rosjan jest zupełnie inna od indyjskich turystów. Ubiór mają zwykły, jak wszyscy. Wyróżniają się jednak zupełną nieznajomością języka angielskiego, zachowując się przy tym jak pospolity wieśniak zagranicą. Szczytem wszystkiego jest domaganie się menu w języku rosyjskim w przydrożnych knajpach i wielka obraza pomieszana z dużym niezadowoleniem, gdy biedni Tajowie, średnio lub słabo władający językiem angielskim, nie są w stanie zrozumieć rosyjskiego. Ciekawi mnie tylko, jak zareagowałbym taki Rosjanin na przeciętnego Taja, gdyby ten wybrał się na wycieczkę do Rosji i upomniał się o menu w języku tajskim. Pewnie z równie dużym niezadowoleniem kazanoby mu się uczyć rosyjskiego. Bardzo bolą mnie też te wiecznie grymaśne miny Rosjan, podczas gdy Tajowie to naród naprawdę przemiły i wiecznie uśmiechnięty. Sparzyłem się więc w stosunku rosyjskich turystów, i łatwo chyba swego zdania nie zmienię. Rosyjscy turyści to nic dobrego. Wolę już tych zdziwionych wszystkich Hindusów, wgapiających się we wszystko i nie umiejących w normalny sposób poruszać się po chodnikach :)
|
2010-01-21 Polubilem Bangkok!
Bangkok mi sie podoba. Jest tloczno, ale mniej niz w Kolkacie. Jest glosno, ale mniej niz w Kolkacie. Jest czysto. Ceny przystepne. Tajowie mili, ale Tajscy-Chinczycy juz mniej (to temat na odrebny wpis). Malo jednak jest tu (albo ja jeszcze tego nie odkrylem) historii, zabytkowych miejsc, ktore nawet jesli podniszczone to pachna historia. Bangkok jest nowoczesny, o wiele bardziej rozwiniety od jakiegokolwiek miasta indyjskiego. Latwo go jednak polubic, i mnie chyba juz sie to udalo.
Do mnie w kwestii poznawania Bangkoku bardzo usmiechnelo sie szczescie. Poznaje go poprzez osobe Dany, ktora jest w wieku mojej mamy i pracuje dla UNESCO. Poznalismy sie na lotnisku w Bangkoku czekajac na autobus na Kho San Road - najbardziej turystyczna ulice miasta. Dzieki niej nie trafilem na Kho San, ale na jedna z ulic niedaleko. Ucieklem wiec od barow, burdeli i tranwestytow, ktorych najwiecej jest wlasnie na Kho San Road. Wynajmuje pokoik za 120 bahtow w nieduzym hotelu. Z Dana jechalem dzisiaj publiczna lodka z jednej stacji do drugiej. Jechalem autobusem poznajac zasady nim rzadzace. Okazuje sie, ze sa dwa rodzaje busow - krotkie za 6.50 BHT i dlugie za 7 BHT. Cena jest zawsze stala i niezalezy od ilosci przejechanych przystankow. A pan kontroler, podobnie jak w Kolkacie, wykrzykuje jakies nazwy na kazdym przystanku - prawdopodobnie nazwy ulic, ale tego jeszcze nie rozpracowalem, bo za krotko tu jestem.
Od samego poczatku zwracam szczegolna uwage na angielski Tajow. Musze przyznac, ze jest kiepsko. Po za turystycznymi dzielnicami znajomosc angielskiego na ulicach oscyluje wokol zera. Jesli ktos mowi po angielsku, to slabo, z kulejaca gramatyka i miauczacym tajskim akcentem. Wydaje sie wiec na pierwszy rzut oka, ze potrzeba tu dobrej edukacji angielskiego, i po angielsku. Ale to oczywiscie jest pozytyw :)
|
2010-01-20 Lot do BangkokuJestem juz w Tajlandii, a konkretnie mowiac, w Bangkoku. Cala podroz zaczela sie o 15:30 w poniedzialek i skonczyla w srode o 6:00 rano czasu polskiego. Same trzy loty (Krakow-Rzym-Kair-Bangkok) odbyly sie sprawnie, na czas i bez opoznien. Nie obylo sie jednak bez przygod, ktore w ogolnym rozrachunku mialy chyba za zadanie dac troche rozrywki, anizeli straszyc chwilami grozy.
Pierwsza przygoda odbyla sie jeszcze przed dojazdem na lotnisko w Krakowie. Gdy bylismy juz zaledwie kilka minut przed lotniskiem, droge jazdy zablokowal nam woz policyjny goniacy nas na syrenach i ze swiatlami. Wszystko wygladalo jak w filmach kryminalnych. Nagle z lewej strony wyjezdza na syngale radiowoz i zdecydowanym, ostrym ruchem wdziera sie na nasz pas jazdy, po czym gwaltownie hamuje. Z gabloty wyskakuje dwoch policjantow i momentalnie do naszego auta. Wujkowi, ktory prowadzil, nakazuja opuszczenie pojazdu, zapraszajac do radiowozu. Na koncu okazuje sie, ze powodem calego zajscia byl niefrasobliwy GPS, oraz chcacy wykazac sie dobra praca, dyzurny ruchu. O co chodzi? Gdy wjezdzalismy do Krakowa, GPS raz po raz kazal zmieniac pas ruchu, a dyzurny ruchu widzac samochod jadacy slalolem zaalarmowal sluzby drogowe o... nietrzezwym kierowcy :) Skonczylo sie na dmuchaniu w balonik i przeprosinach ze strony panow policjantow.
Druga przygoda wydazyla sie na lotnisku w Rzymie. Gdy poszedlem nadac bagaz do Bangkoku (po pierwszym locie musialem go odebrac), tamtejsza pani powiedziala, abym poczekal, bo byc moze nie moge wjechac do Tajlandii nie majac biletu wyjazdowego (nie wazne jakim transportem i gdzie). Ja oczywiscie skwitowalem to tym, ze takiego dokumentu na pewno mi nie potrzeba, bo i po co? Niestety po chwili przyszla pani manager.
- Nie moze pan leciec do Tajlandii nie posiadajac biletu powrotnego.
- To nie mozliwe.
- A jednak. Takie sa przepisy.
- Prosze pani, przepisy wjazdu i wyjazdu do i z Tajlandii okresla Ambasada Tajlandii z ramienia Rzadu Tajlandii, a ta nie widziala nic zlego w braku biletu powrotnego.
- Nie moze pan wjechac. Takie sa przepisy dla Polakow.
- Pani sie myli. Przepisy ustala Ambasada, a nie linie lotnicze EgyptAir.
- Ale takie wlasnie sa ustalenia Ambasady i Rzadu Tajlandii.
- To dlaczego Ambasada mnie o tym nie poinformowala, i dlaczego Panstwo nie zawarliscie takiej informacji stronie internetowej swoich linii?
- Takie sa przepisy. Musi pan kupic bilet, bo pani nie poleci.
- Czy moge rozmawiac z pani managerem?
- Ja jestem managerem.
- Ale zapewne ma pani kogos nad soba. Chce rozmawiac z ta osoba.
- To jest dyskryminacja plci!
- Nie jest. Nie interesuje mnie pani plec, ani plec pani przelozonego. Chce rozmawiac z ta osoba.
- Teraz jej nie ma.
- To jak niby mamy rozwiazac problem?
- Musi pan kupic bilet.
- Nie kupie, bo nie musze. Nie po to Ambasada wydala mi wize z trzykrotnym wjazdem.
- Ma pan wize?
- Mam.
- Prosze pokazac - pokazalem - Rzeczywiscie nie musi pan kupowac biletu. Przepraszam pana za wynikle nieporozumienie.
- Prosze.
- Ale dlaczego nie powiedzial pan przy nadawaniu bagazu, ze ma pan wize?
- Dwa razy to powtarzalem, ale pani kolezanka mnie zbyla, kierujac do pani.
- W takim razie przepraszam jeszcze raz.
Warte opowiedzenia jest takze lotnisko w Kairze, a zwlaszcza sposob kontroli bagazu podrecznego oraz osobistego. W czasach, gdy tyle mowi sie o ochronie, porwaniach, bombach i tym wszystkim dookola, kontrola w Egipcie to zwykly pic na wode. Laptopa z plecaka wyjmowac nie trzeba. Kieszeni nie trzeba oprozniac. Zdejmowanie paska od spodni jest zbedne. Kontrola po prostu taka, jakby jej nie bylo.
Zastanawia mnie tylko powod takiego stanu rzeczy. Zwykle olewanie? Chyba nie. Raczej wzgledy religijne. Opcja jest takze to, ze Egipt jest badz co badz krajem arabskim, a kto najwiecej krwi naplul w samolotach? Arabowie. Byc moze wiec wladze egipskie doszly do wniosku, ze sprawdzac nie musza, bo z najwiekszymi bandziorami sa za pan brat. To Arab i to Arab. Sami swoich atakowac przeciez nie beda :) |
2010-01-13 Praca w dalekich krajach a emerytura
Dzisiaj trochę informacji, które wielu osobom myślącym o życiu i pracy w dalekich krajach (po za UE) mogą się bardzo przydać.
Panuje powszechne przekonanie, że życie i praca w takich krajach jak Indie lub Tajlandia nie idą w parze z odkładaniem składek emerytalnych. Wiele państw mających swe siedziby w dalekich krajach nie posiada żadnej pomocy społecznej, a co za tym idzie rent i emerytur. Kraje te nie mają podpisanych jakichkolwiek umów z Polską, tak jak chociażby niezwykle popularna Wielka Brytania. Nie przeszkadza to jednak w opłacaniu składek emerytalnych. To, jak to zrobić, opiszę krótko czerpiąc z własnego doświadczenia.
Pierwszym i najważniejszym krokiem jest wizyta w ZUSie w celu pobrania odpowiednich druków. Najlepiej aby wszystkie kroki wykonać osobiście, jednak nie jest to obowiązkowe, ponieważ można kogoś bliskiego upoważnić pisemnie do załatwienia całej sprawy. Należy pobrać dwa druki: ZUA oraz DRA. Są to druki za pomocą których płatnik (czyli my) występujemy z prośbą o opłacanie tzw. dobrowolnych składek emerytalno-rentowych. Tu należy się małe wyjaśnienie, że zgodnie z obowiązującymi przepisami, osoby pracujące po za krajami Unii Europejskiej, lub osoby wykonujące tzw. wolne zawody, mogą same składać sobie na własną emeryturę lub - nie daj Boże - rentę. Staje się tak wtedy, gdy firma w której płatnik pracuje nie odprowadza składek ZUSowskich w Polsce. Jedynym warunkiem o wystąpienie z żądaniem o dobrowolne składki emerytalno-rentowe jest to, że płatnik musi mieć chociaż jeden przepracowany dzień w Polsce. W przeciwnym razie nic nie da się zrobić.
Ważną rzeczą jest, że każdego miesiąca należy składać nowy druk DRA z zaznaczoną kwotą, którą odprowadzamy. Aby jednak uniknąć comiesięcznych wizyt w ZUSie (co może być trudne ze względu na miejsce pracy i zamieszkania), istnieje możliwość przedstawienia np. 12 druków na całe 12 miesięcy (ja zdecydowałem się na tę opcję). Wtedy dopiero przed upływem "ważności" tychże druków należy wypełnić druki na kolejne miesiące.
ZUS idzie na rękę także z opłatami, ponieważ płatnik sam może decydować co jaki czas opłaca składki. Można więc płacić miesięcznie, dwumiesięcznie, półrocznie, rocznie, itd. Równie dobrze można zapłacić najpierw za 1 miesiąc, następnie za przykładowo 8 miesięcy, a później za pozostałe 3 miesiące. Istnieje więc dowolność. Najważniejsza - i należy bardzo przestrzegać - jest terminowość opłat. Składkę trzeba odprowadzić do 10 dnia kolejnego miesiąca w którym kończy się dotychczasowa składka.
Wysokość składki emerytalno-rentowej ustalami sami, przy czym nie może ona być niższa niż kwota minimalna. Na dzień dzisiejszych minimalna miesięczna składka to 336,10 zł.
Korzystając z okazji chciałbym powiedzieć, że przynajmniej w "moim" częstochowskim ZUSie, panie tam pracujące są bardzo miłe. Podeszły do mojej sprawy bardzo profesjonalnie (chociaż wcześniej nie miały podobnej sytuacji), gruntownie tłumacząc co i jak, oraz pomagając w wypełnieniu druków, co za pierwszym razem było małym kłopotem. Nie należy się więc ZUSu bać :)
A tych, którzy serdecznie odradzają pracę w dalekich krajach ze względu na nieuregulowaną sytuację emerytalną, niniejszym pozdrawiam :)
|
2010-01-10 Małe tajskie ciekawostki
Od czwartku jestem posiadaczem nowiutkiej wizy turystycznej do Tajlandii. Data wylotu zbliża się coraz większymi krokami, a ja czasem zaczynam się stresować co do tego wyjazdu, chociaż równie prędko sam się uspokajam. Co dzień oczywiście czytam coś nowego na temat Tajlandii, kultury tajskiej, warunków życia, mieszkania i ogólnie wszystkiego, co wpadnie w moje ręce.
Oto kilka ciekawostek na temat Tajlandii:
- W Tajlandii mamy obecnie rok 2553. Powodem tego jest narodowa religia Tajlandii, jaką jest Buddyzm. Era buddyjska liczy się od daty osiągnięcia nirwany przez mnicha Gautamę (co jest równoznaczne z narodzinami Buddy). Jak łatwo policzyć Gautama przeistoczył się w Buddę 543 lata przed narodzinami Chrystusa.
- W Tajskich kinach, tak jak w południowo-indyjskich, przed spektaklem odgrywany jest hymn w czasie którego wszyscy obowiązkowo muszą stać. Po za tym, dwa razy dziennie - o 8 rano i 5 po południu - także w wielu miejscach publicznych odgrywany jest hymn narodowy. Dochodzi więc do sytuacji, że ludzie np. na stacji kolejowej stają na baczność oddając cześć swojemu krajowi.
- Nauczyciele w każdy poniedziałek muszą założyć koniecznie koszulkę polo, która koniecznie musi mieć kolor żółty. W ten sposób oddają cześć królowi.
- Tajlandia dzięki dyplomacji swoich kolejnych władców nigdy nie została zkolonizowana.
Są to oczywiście zaledwie cztery małe ciekawostki, jednak od czegoś przygodę z Tajlandią zacząć trzeba :)
|
2010-01-08 Polska zima w indyjskiej telewizji
Kilka dni temu zadzwoniła do mnie bengalska Maa z pytaniem, czy to prawda, że w Polsce jest w tej chwili jest -40C. Zdziwiony zapytałem skąd wzięła takie informacje. Okazało się, że programy informacyjne w jednej z indyjskich stacji telewizyjnych sprzedają takie właśnie rewelacje. Plotki oczywiście zdementowałem tłumacząc, że w życiu swoim tylko raz doświadczyłem -25C, a było to jeszcze w czasach szkoły średniej, a trwało maksymalnie być może 3 dni. Maa odpowiedziała zdziwieniem na moje zdziwienie mówiąc, że w grudniu podawano informacje nawet o... -60C w Polsce.
Ten krótki przykład pokazuje jak bardzo telewizje jednego kraju mogą podawać bzdury o innym, bardzo oddalonym, zakątku świata, gdy wiedza statystycznego mieszkańca o innych miejscach na Ziemi jest praktycznie zerowa. Nie ma też powodu obrażać się na indyjskie media, bo polskie też nie są zbyt rozgarnięte, gdy mowa o dalekich regionach świata. Wystarczy przytoczyć paniczne informacje o rzekomej wielkiej powodzi w Kerali kilka miesięcy temu. Polskie media zrobiły z tego wielkie halo, podczas gdy w rzeczywistości sprawa dotyczyła małej części północnej Kerali i zalanych 200 tysiącach domostw, co w indyjskiej rzeczywistości dotyczy zaledwie dwóch, może trzech wiosek.
Najbardziej bliskie prawdy wydają się więc być programy takich ludzi, jak: Cejrowski, Kret, Pawlikowska. One najbardziej oddają rzeczywistość, chociaż także nie są wolne od merytorycznych pomyłek lub niedomówień.
|
2010-01-01 Nowy rok i nowe perspektywy
Chociaż decyzja zapadła jeszcze w starym roku 2009, czekałem na jej ogłoszenie do nowego roku 2010.
Firma z Delhi z którą podpisałem kontrakt po kilku próbach nie wskórała nic w sprawie wizy. Być może po kilku miesiącach daliby radę, ale ja już czekać nie chcę i nie lubię. Cierpliwość, która cechowała mnie kiedyś, widocznie osiągnęła swój koniec. Inną rzeczą jest, że od początku byłem przekonany, że łatwo nie będzie, zwłaszcza, gdy szanowny pan z Ambasady powiedział, że żadnej wizy mi nie wyda dopóki tam pracuje. Cóż robić? Trudno wygrać z biurokratycznymi łobuzami... Do tego doszły jeszcze coraz odważniejsze głosy Sudipy, że w Indiach to ona jednak mieszkać nie chce. Musi się wyrwać z powtarzającego się wciąż marazmu i spróbować czegoś nowego. Jako, że ja natomiast nie palę się (przynajmniej na razie) do mieszkania w Polsce, ostatecznie stanęło nam na Tajlandii. Dnia 18 stycznia wylatuję więc do Bangkoku lotem Kraków-Rzym-Kair-Bangkok, a od 8 lutego rozpoczynam miesięczny kurs TEFL uprawniający do uczenia języka angielskiego na całym świecie, a w szczególności właśnie w Tajlandii. Kurs ten razem z ukończonym swego czasu Studium Przygotowania Pedagogicznego oraz tytułem Magister Inżynier daje bardzo duże szanse na znalezienie dobrzej płatnej pracy porównywalnej z indyjskim TCS. Kurs będzie na wyspie Phuket znanej wszem i wobec z najpiękniejszych plaż w Tajlandii, a nawet i świata. Sudipa, gdy tylko otrzyma paszport doleci do mnie i zapisze się na ten sam kurs, abyśmy mogli razem pracować na wspólne życie.
Dla zainteresowanych dodam, że do Bangkoku lecę lotem trochę kombinowanym, bo od Krakowa do Rzymu polskim LOTem, natomiast przelot na trasie Rzym-Kair-Bangkok odbywa się liniami EgyptAir. Lot jest naprawdę tani, a jego głównym minusem oprócz dwukrotnej przesiadki jest ponad 14 godzin oczekiwania na lotnisku w Rzymie oraz w sumie aż dwa dni drogi, bo zaczynam w Krakowie 18.01 o 20:50, a kończę w Bangkoku 20.01 w południe czasu lokalnego. Zaoszczędzone jednak w ten sposób pieniądze prawie pokryją się z opłatą za mieszkanie podczas 4-tygodniowego kursu. Opłaca się więc pomęczyć. Notabene, tego połączenia nie znajdziecie na żadnych SkyScannerach i innych podobnych stronach, które nie są w stanie wyszukać tak kombinowanego i taniego lotu. A linie EgyptAir latają z Rzymu do Bangkoku tylko 4 razy miesięcznie i tylko we wtorki.
Szczęśliwego Nowego Roku!!!
Na dokładkę polecam piosenkę "Unwritten", która kojarzy mi się z nowym początkiem w Tajlandii.
|